E-learning, innowacje i KRK a zasada Hipokratesa

Maria Zając

Już w czasach starożytnych Hipokrates sformułował zasadę „primum non nocere”, która do dziś stanowi podstawową zasadę etyki lekarskiej i powszechnie uważa się, że znajduje ona zastosowanie praktycznie w każdej dziedzinie życia. Dziś chciałabym więc przywołać tę zasadę w kontekście kształcenia – nie tylko akademickiego, ale zacznę od uczelni.

 

Obowiązująca od października 2011 roku znowelizowana ustawa o szkolnictwie wyższym nakłada na uczelnie obowiązek opisania ich działalności dydaktycznej w języku tzw. efektów kształcenia. Prace te absorbują obecnie setki (a może tysiące?) pracowników wyższych uczelni jak Polska długa i szeroka. Niektóre tylko uczelnie mają ten etap szczęśliwie za sobą, w większości amok trwa. Nie zamierzam tutaj bynajmniej krytykować idei KRK, nie w tym rzecz, ale diabeł - jak zwykle - tkwi w szczegółach. W tym wypadku mam na myśli sposób definiowania tychże efektów kształcenia. W jednej z uczelni autorzy tzw. kart kursów otrzymali m.in. następujące wytyczne:

 

Każdy kto w ramach realizacji modułu za 5 punktów ECTS (125 – 150 godzin pracy studenta) wymaga od studenta dokładnego zapoznania się z listą lektur w liczbie np. 50 książek powinien:

1) udowodnić, że student jest w stanie przeczytać książkę w dwie godziny

2) udowodnić, że student w czasie tych dwóch godzin zrozumiał i przyswoił sobie niezbędny materiał zawarty w publikacji, tak by zaliczył przedmiot.

3) udowodnić, że sam jest w stanie wykonać czynności z p. 1 i 2 w 2 godziny

4) zastanowić się nad zapisaniem się na kurs podstaw dydaktyki

 

Ci, którzy już przeszli proces tworzenia owej karty podpowiadają: trzeba zastosować sztuczkę i napisać: wybrane rozdziały z … Można oczywiście skomentować to podejście mówiąc „Polak potrafi” tylko jak dla mnie problem jest znacznie głębszy. Nie będę tutaj dyskutować o zasadności podawania listy 50 książek, z którymi student powinien się zapoznać w ramach jednego tylko przedmiotu – myślę, że autor takiej listy powinien rzeczywiście szczególnie serio potraktować p. 4 przytoczonych zaleceń. Ale z drugiej strony – czy aby studiowanie na pewno powinno polegać na tym, że student „przeczyta od – do”? I co się stanie gdy w trakcie realizacji przedmiotu okaże się, że właśnie wydano nową publikację, którą chciałabym polecić studentom jako lekturę obowiązkową? Czy nie usłyszę wówczas: w karcie kursu tego nie ma i mnie nie obowiązuje, ja już swoje x godzin przewidzianych w bilansie CNPS[1] wykonałem, zadaną liczbę godzin przeznaczoną na „Lekturę w ramach przygotowania do zajęć” zużyłem i nie będę więcej czytać? Nie sposób nie zapytać: czemu właściwie ma służyć ów bilans? I dlaczego efekty kształcenia mają być mierzone poprzez nakład pracy i to liczony w godzinach?

 

Druga sprawa, która przywołuje u mnie skojarzenia z zasadą Hipokratesa to ocena najpierw wniosków, a następnie już zrealizowanych projektów tzw. transferu innowacji (TOI) w ramach programu LLP Leonardo da Vinci. Jak wskazuje nazwa „transfer innowacji” to sprawa kluczowa w omawianych projektach. I podobnie jak w przypadku KRK tutaj też liczą się szczegóły. Problemem zasadniczym przy ocenie wniosków, jak również projektów z tej kategorii jest rozstrzygnięcie co należy uznać za innowację a co nią nie jest. I jak łatwo się domyślić rozwiązania oparte na e-learningu, a właściwie szerzej – na wykorzystaniu ICT w nauczaniu niemal z definicji traktowane są jako innowacje i to zarówno przez wnioskodawców jak i  przez ekspertów oceniających. A ja chciałabym zapytać czy to jest aby na pewno słuszne podejście?  Na dobrą sprawę wszelkie odmiany tzw. Computer Supported Teaching, Computer Added Teaching i paru podobnych koncepcji liczą sobie co najmniej 20 lat, sięgając daleko przed „epokę Google”. Gdzie tu jest więc innowacja? Ano, skoro technologie to już nie nowość to chyba powinno się poszukiwać innowacyjnych pomysłów, innowacyjnych rozwiązań, innowacyjnych metod itd. A z tym bywa różnie, niestety często bardzo źle. Na tym blogu pojawił się już wpis Wojciecha Zielińskiego mówiący o marnowaniu unijnych pieniędzy. To jeden bardzo istotny wymiar, ale ja czytając te rzekomo innowacyjne pomysły wykorzystania e-learningu mam ochotę powtórzyć za Hipokratesem – po pierwsze nie szkodzić.  Jeżeli ktoś nie ma pomysłu na prawdziwe e-learningowe innowacje to może lepiej szukać inspiracji na projekt w innym obszarze?

 

Na koniec jeszcze jedna refleksja, która łączy klamrą e-learning, innowacje i krk. Otóż, przy okazji wypełniania wspomnianych już kart kursów trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie (i odpowiednio to oczywiście opisać w karcie) czy będziemy stosować „rozwiązania e-learningowe”, a jeżeli tak to w jakim wymiarze. Z jednej strony, choć często nie za bardzo wiadomo co w realiach danej uczelni należy rozumieć pod tym pojęciem, e-learning traktuje się jako przejaw innowacji w kształceniu, a więc „wypada go umieścić”. Z drugiej strony – ponieważ właśnie nie wiadomo jak to zrobić, w dodatku władze wielu uczelni, z przyczyn oszczędnościowych chciałyby innowacji, która nie kosztuje to kolejna „sztuczka” polega na tym, że wpisywane są zajęcia „w formie e-learningu”, które stanowią wygodną furtkę do przeniesienia części zajęć do sieci. W praktyce oznacza to, że jeżeli w danej uczelni nie przewidziano dodatkowego wynagradzania za aktywność online to jako ów e-learning zalicza się godziny przeznaczane przez studentów na realizację projektów, które następnie są przesyłane do prowadzącego za pośrednictwem platformy e-learningowej.  Teoretycznie wszyscy powinni być zadowoleni – tylko czy aby na pewno o to chodzi w innowacyjnym kształceniu? I czy w takiej sytuacji zaskakujące są pytania o jakość kształcenia w oparciu o e-learning? Nie znaczy to oczywiście, że popieram rozwiązania forsowane przez MNiSW w rozporządzeniu[2] polegające na wyznaczaniu sztywnych wskaźników procentowych, których nie można przekroczyć wprowadzając e-learning w uczelni. Zupełnie nie o to chodzi, co właśnie próbowałam wykazać powyżej.

Wydaje mi się, że kluczem do rozwiązania omawianych tutaj i we wcześniejszych postach problemów jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: co nam mogą dać nowoczesne technologie, w tym e-learning, gdy zastosujemy je w kształceniu? Po co chcemy wprowadzić e-learning? Jakie innowacje chcemy zastosować? I jak uzyskać zakładane efekty kształcenie inaczej niż wyliczając Całkowity Nakład Pracy Studenta?



[1] CNPS – Całkowity Nakład Pracy Studenta

[2] tak jak ma to miejsce w rozporządzeniu MNiSW dotyczącym Metod i technik kształcenia na odległość (http://www.uj.edu.pl/documents/1333504/1493735/2.11.2011_Rozp.MNiSW_ksztalcenie_na_odleglosc.pdf)

 

Data dodania: 4.05.2012

Maria Zając

Dr nauk technicznych w dziedzinie informatyki, kierownik Pracowni Nowe Media w Edukacji na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Członek Rady Programowej czasopisma "e-mentor", w latach 2004-2014 pracownik Centrum Rozwoju Edukacji Niestacjonarnej SGH. Członek Zarządu Stowarzyszenia E-learningu Akademickiego. Problematyką e-learningu zajmuje się aktywnie od kilkunastu lat, uczestnicząc w wielu projektach oraz prowadząc szkolenia, głównie z zakresu metodyki e-nauczania. W pracy badawczej koncentruje się na problematyce zmian we współczesnej edukacji, w tym szczególnie na zagadnieniach dotyczących personalizacji nauczania, a od niedawna także wykorzystania elementów grywalizacji w kształceniu.