Masowe kursy otwarte integralną częścią edukacji formalnej?

Maria Zając

Temat masowych kursów otwartych nie znika ze szpalt gazet i stron internetowych. Najnowsze doniesienia dotyczą przede wszystkim sposobów przyznawania punktów kredytowych za kursy realizowane zdalnie, za pośrednictwem serwisów takich jak Cousera czy EdX, lub ogólniej - uznawalności tak zaliczanych kursów. Na początku listopada pojawiła się informacja o podpisaniu umowy pomiędzy Coursera i Antioch University[1], na mocy której studenci tej uczelni będą mogli otrzymać punkty kredytowe za ukończenie wybranych kursów Coursery. Umowa ta przewiduje, że wykładowca z Antioch University zapisuje się wraz z grupą studentów na kurs, uzyskując tym samym wgląd w to jak realizowane są aktywności przewidziane w kursie, jak angażują się studenci i jak przebiega ich praca w ramach kursu. Na razie umowa objęła pilotażowo dwa kursy, ale jak deklaruje prezydent jednego z pięciu kampusów tej uczelni zainteresowanie studentów jest duże, więc prawdopodobnie oferta zostanie wkrótce poszerzona o kolejne trzy kursy, a w 2013 roku zostanie wprowadzona także w pozostałych kampusach, wchodzących w skład Antioch University.

 

Kolejnym krokiem na drodze uznawalności kursów otwartych jest porozumienie podpisane ostatnio pomiędzy twórcami Coursery a American Council on Education (ACE)[2], na mocy którego wybrane kursy Coursery zostaną poddane procesowi akredytacji, takiej jaka przeprowadzana jest w odniesieniu do kursów stacjonarnych. Przewiduje się, że zaliczenie kursów akredytowanych odbywałoby się zdalnie, z wykorzystaniem technologii internetowych sprawdzających tożsamość zdających przez cały czas trwania egzaminu. Za tak ukończony kurs można będzie otrzymać punkty wymagane w ramach formalnej edukacji akademickiej.

 

Wcześniej bo na początku września br. pojawiły się doniesienia[3] o tym, że uczelnie tworzące konsorcjum EdX podejmują próby zaliczania oferowanych przez siebie kursów w formie egzaminów stacjonarnych, realizowanych pod nadzorem przedstawicieli Pearson VUE, w prowadzonych przez firmę centrach egzaminowania, które dostępne są w 110 krajach, w różnych częściach świata.

 

Analizując wymienione próby nie sposób oprzeć się refleksji, że „wszystko to już było” choć w zdecydowanie mniejszym, a raczej – bardziej lokalnym – wymiarze. Rzeczywiście odkąd pojawił się e-learning towarzyszyły mu pytania o wiarygodność, rzetelność i uznawalność tak zdobywanej wiedzy i umiejętności. Jednak gdy kursy mają zasięg globalny pojawia się dodatkowo pytanie o to, kto i na jakiej postawie może zaliczać tak realizowane kursy?  Obecnie zagadnieniem budzącym chyba najwięcej obaw jest miejsce i rola otwartych kursów w edukacji formalnej. Czy faktycznie kursy oferowane przez konsorcja najbardziej prestiżowych uczelni mogą stać się integralną częścią oferty dydaktycznej innych ośrodków akademickich? Jakie będą skutki ekonomiczne tych decyzji? Czy rzeczywiście dzięki kursom otwartym edukacja wyższa stanie się tańsza a przez to bardziej dostępna? Czy nie odbije się to na jakości kształcenia akademickiego? Na razie większość z tych pytań pozostaje bez odpowiedzi, warto jednak śledzić rozwój sytuacji gdyż niewątpliwie otwarte masowe kursy uniwersyteckie nie są zjawiskiem chwilowym. Bez względu na to jak będzie przebiegać ich dalszy rozwój już teraz można uznać, że zmieniają one współczesną edukację – czas pokaże jak duże i jak trwałe są to zmiany. Obiecuję od czasu do czasu wracać do tego tematu na naszym blogu. Zapraszam także jego czytelników do dzielenia się przemyśleniami – szczególnie w perspektywie oddziaływania koncepcji MOOC na polską edukację. Dzięki Courserze i podobnym inicjatywom kursy online stają się dostępne także dla polskich studentów – należy się cieszyć czy obawiać tego trendu? Wystarczy się tylko przyglądać czy już pora na konkretne działania?



American Council on Education may recommend some Coursera offerings for college credit (http://chronicle.com/article/American-Council-on-Education/135750/?goback=%2Egde_2774663_member_185526132)

 [3] edX Curbs the Downfalls of Online Education By Announcing Supervised Final Exams (http://bostinno.com/2012/09/07/edx-pearson-proctored-exams/)

 

data dodania: 20.11.2012, komentarzy: 1

Oczekiwania i wyobrażenia uczniów nt. przyszłości komputerów

Marcin Dąbrowski

Tym razem zamiast tradycyjnego wpisu – infografika, prezentująca oczekiwania i wyobrażenia uczniów klas 5. i 6. szkoły podstawowej co do przyszłości komputerów i technologii pomocnej w codziennym życiu. Przeprowadzone w pięciu miastach badanie ankietowe objęło przeszło 400 uczniów, zaś w ramach specjalnej sesji rysunkowej swoimi pomysłami podzieliło się blisko 50 dzieci.

Pierwszym celem badania było oszacowanie poziomu technologicznej uczniów. Uzyskane wyniki zostały opublikowane na łamach dwumiesięcznika „e-mentor” w lutym 2012 roku (D. Kwiatkowska, M. Dąbrowski, Dojrzałość technologiczna uczniów w świetle wyników badań ankietowych, „e-mentor” 2012, nr 1 (43), s. 4-13).


W celu poznania oczekiwań oraz wyobrażeń uczniów na temat przyszłości komputerów i internetu zadano im natomiast pytanie „Co chciałbyś aby komputer umiał zrobić w przyszłości, czego nie potrafi dzisiaj?”. Uczestnicy badania ankietowego udzielili na nie odpowiedzi pisemnej, zaś 47 osób dodatkowo narysowało swoje wyobrażenia. Analizy odpowiedzi na to pytanie oraz prac rysunkowych i ich opisów dokonał zespół studentów pod opieką Doroty Kwiatkowskiej.

A jak uczniowie wyobrażają sobie komputer w przyszłości? W jaki sposób powinien wspierać człowieka? Zachęcam do zapoznania się z infografiką.



Infografiki [960 px] [1200 px] [1600 px]

data dodania: 29.10.2012, komentarzy: 0

Dla kogo jest MOOC?

Maria Zając

W moim poprzednim poście zapowiadałam przyjrzenie się bliżej inicjatywom oferującym kursy otwarte oraz koncepcji MOOC, w kierunku których te kursy ewoluują. Zacznijmy więc od MOOC czyli Massive Open Online Courses (Masowe Kursy Otwarte Online). Aktualnie termin ten kojarzony jest niemal wyłącznie z kursami oferowanymi przez konsorcja takich uczelni jak MIT, Harvard i Berkeley (EdX) lub Uniwersytet Stanforda we współpracy z ponad 30 już uczelniami z różnych części świata (coursera.org). Jednak nawet proste wyszukiwanie w internecie pozwala dostrzec, że to nie twórcy Coursery ani ich konkurenci „odkryli” ideę MOOC. Renesans tej koncepcji, której początki sięgają – jak twierdzi Bernard Luskin[1] -  początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, zaczął się nie dzięki wielkim uczelniom amerykańskim ale z inicjatywy kanadyjskiego badacza Stephena Downesa. To właśnie Downes, uznany autorytet w zakresie nowych technologii, nauczania online i podagogiki, wspólnie z Georgem Siemensem przeprowadził w 2008 roku pierwszy MOOC, w którym uczestniczyło 2200 osób. Kurs zatytułowali Connectivism and Connective Knowledge. Jego podstawowymi założeniami były: otwarty dostęp oraz zasoby zbudowane w oparciu o  koncepcję „wiedzy rozproszonej” (distributed content).  Uczestnikom kursu udostępniano nie zebrane w jednym miejscu (w sieci) konkretne zasoby edukacyjne lecz ich lokalizacje, a liczebność i wielkość tego zbioru zmieniała się niemal każdego dnia. Ideą kursu było przede wszystkim dzielenie się wiedzą. Kurs Stephena Downesa, jak i kolejne MOOCs organizowane na jego wzór, były adresowane do ludzi, których łączyły wspólne zainteresowania oraz chęć poszerzania wiedzy poprzez dzielenie się nią. Ponieważ udział w tych kursach opierał się na aktywnym wykorzystywaniu technologii społecznościowych (takich jak blogi, wiki, forum dyskusyjne, a także Twitter, RSS i radio internetowe) ich najczęstsze tematy dotyczyły właśnie uczenia się przy wsparciu ze strony technologii np. Personal Learning Networks, Critical Literacies czy Course Assignments and Digital Media .

 

Zaintrygowana koncepcją MOOC opisaną swego czasu przez Ilonę Buchem na blogu Paradygmat 2.0 postanowiłam spróbować jak to jest uczestniczyć w kursie MOOC. Okazja nadarzyła się kilka miesięcy później gdy dotarło do mnie zaproszenie do udziału w kursie EduMOOC, organizowanym przez University of Illinois at Springfield. Było to ciekawe doświadczenie, choć właściwie trudno powiedzieć, że uczestniczyłam w kursie. Zdecydowanie bliższe prawdy jest stwierdzenie, że obserwowałam kurs i to całkowicie biernie. Ponieważ większość aktywności była realizowana w środowisku Google+ (które w 2011 roku było nowością) na skrzynkę pocztową przychodziły wszystkie powiadomienia o aktualnych wydarzeniach.  Czasem czytałam, czasami brakowało nawet na to czasu – jak to w życiu. Na kurs zapisało się ok. 2600 osób i ku mojemu zaskoczeniu bardzo szybko okazało się, że w pierwszych 2 tygodniach z tej licznej przecież rzeszy zostało około 800 osób, a po kolejnych 2 lub 3 tygodniach liczba ta jeszcze znacznie się zmniejszyła. W ostatnim z 8 tygodni kursu w dyskusjach na forum uczestniczyło wręcz tylko kilkanaście osób. Zobaczyłam zatem, że zdecydowana większość uczestników MOOC prawdopodobnie tylko obserwuje, podobnie jak ja. Co więcej, odczytując te nieliczne już wpisy na forum można było zauważyć, że osoby, które pozostały aktywne do końca kursu miały już wcześniejsze doświadczenie związane z uczestnictwem w kursie tego typu.

 

Zastanawiałam się od czego zależy sukces kursu opartego na swobodnym i otwartym dostępie. Poszukiwałam odpowiedzi na pytanie jak powinien wyglądać MOOC, który skłaniałby do większej aktywności a tym samym pozwalał podtrzymać zainteresowanie i motywację do jego ukończenia.

 

Większość z tych pytań, które sobie zadawałam po eksperymencie  z EduMOOC nadal pozostało bez odpowiedzi a tymczasem już zmieniło się rozumienie koncepcji kursów otwartych. I tym razem stało się to za sprawą Sebastiana Thruna, który wraz  z Peterem Norvigiem udostępnił pierwszy uniwersytecki masowy kurs otwarty. Tematyka była mocno specjalistyczna gdyż kurs dotyczył sztucznej inteligencji, a mimo to liczba uczestników przerosła najśmielsze oczekiwania twórców – na kurs zapisało się ponad 100 tysięcy osób. Mniej więcej rok po sukcesie kursu Thruna oferta akademickich kursów otwartych obejmuje już kilkaset pozycji a poszczególne serwisy wręcz epatują liczbą zarejestrowanych użytkowników. Kiedyś akronim, a dziś właściwie już słowo MOOC zadomowiło się na stałe w języku mediów. Tylko przy całym tym entuzjazmie i medialnym szumie, jaki towarzyszy upowszechnianiu się idei otwartych kursów uniwersyteckich warto zadać sobie pytanie – ile w dzisiejszych MOOCs jest z idei MOOC? Ile w nich jest rzeczywistego dzielenia się wiedzą a ile tradycyjnego „zaliczania” kursów tyle, że podanych w bardziej nowoczesnym opakowaniu? Czy przypadkiem z koncepcji MOOC w dzisiejszych kursach nie pozostało tylko M (Massive)?



[1] tak wynika z artykułu Bernarda Luskina opublikowanego w serwisie  Psychology Today w lipcu tego roku (http://www.psychologytoday.com/blog/the-media-psychology-effect/201207/casting-the-net-over-global-moocs)

data dodania: 9.10.2012, komentarzy: 2

Social learning

Marcin Dąbrowski

W kwietniu br. mieliśmy okazję przeprowadzić wśród licealistów badanie dot. obszarów ich aktywności internetowej, oceny własnych kompetencji technologicznych, postrzegania zjawisk zachodzących w internecie oraz zachowań internautów, jak również sposobów wykorzystania nowoczesnych technologii w edukacji. Wzięło w nim udział 561 uczniów z całego kraju, którzy wraz z kilkunastoma tysiącami rówieśników uczestniczyli w Olimpiadzie Przedsiębiorczości, zawodach organizowanych przez Fundację Promocji i Akredytacji Kierunków Ekonomicznych wraz z Uczelniami Założycielami. Najważniejsze wyniki badania zostały opublikowane w czerwcowym wydaniu „e-mentora”.

 

Na podstawie wypełnionych przez uczniów ankiet mogliśmy stwierdzić m.in., że aż 2/3 badanych ma pozytywny stosunek do zjawiska korzystania z serwisów takich jak: Ściąga.pl, oferujących gotowe opracowania. Z drugiej jednak strony równie wysoki odsetek ankietowanych zadeklarował świadomość, iż niedozwolone jest swobodne wykorzystywanie cudzych treści, nawet w sytuacji, gdy nie są podpisane przez autora. Do tego dochodzi fakt, iż gotowe opracowania dostępne w sieci są coraz bardziej rozpoznawalne w środowisku szkolnym. W rezultacie młodzież szuka nowych dróg wspierania swojej nauki, szczególnie pomocy w realizacji zadań szkolnych. Serwisy oferujące gotowe opracowania tracą na popularności, na rzecz zjawiska określanego jako „social learning”.

 

Aby uzyskać pomoc w wykonaniu zadań zleconych przez nauczycieli, uczniowie coraz częściej wykorzystują społeczności rówieśników skupione wokół różnych forów oraz portali. Najpopularniejszym z nich jest rozwijany od września 2009 roku serwis Zadane.pl. To dobry przykład, który świadczy o rosnącej popularności social learningu. Portal ten liczy unikalnych użytkowników już w milionach, a właściciel – Brainly.com – uruchomił siostrzane serwisy, adresowane do uczniów z m.in. Niemiec, Austrii, Francji, Turcji, Rosji, Hiszpanii. Dynamiczny rozwój społeczności wzajemnie uczących się od siebie użytkowników udało się zapewnić dzięki odpowiednim mechanizmom punktowania aktywności pomagających. Dodatkowo proces ten wspierają moderatorzy, dbający o rzetelność przekazywanej wiedzy. Zapewne część  użytkowników traktuje takie serwisy jako łatwo dostępne źródło gotowych rozwiązań zadań, niemniej jednak dla wielu to przestrzeń realizacji pełnowartościowych procesów uczenia się.

 

O potencjalne tego rynku niech świadczy pozyskane właśnie przez Brainly.com wsparcie funduszu VC Point Nine Capital i grupy inwestorów prywatnych, w wysokości 500 tys. USD. Środki te mają pomóc w uruchomieniu kolejnych wersji językowych i ekspansji na nowych rynkach. Nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki i kibicować polskiej myśli przedsiębiorczej! :)

data dodania: 18.09.2012, komentarzy: 0

Trzecia fala czyli masowe otwarte kursy online na uniwersytetach

Maria Zając

Pięć lat temu, podczas czwartej edycji konferencji Rozwój e-edukacji w ekonomicznym szkolnictwie wyższym Vlad Wielbut z University of Michigan prezentując tendencje zmian w szkolnictwie wyższym Stanów Zjednoczonych mówił o zjawisku, które nazwał drugą falą (Second Wave [1]). Opisując je stwierdził, że pierwszy etap rozwoju edukacji online w USA wynikał z inicjatywy władz uczelni – które zamawiały platformy e-learningowe i inwestowały w tworzenie kursów oraz zachęcały, a czasem wręcz nakłaniały wykładowców do włączania się w edukację online.


Drugą falę, zdaniem Wielbuta cechowały działania oddolne – bardzo szybki rozwój technologiispołecznościowych i ich ogromna popularność wśród młodych ludzi spowodowały zapotrzebowanie na wykorzystanie tych technologii również w kształceniu. To właśnie studenci byli inicjatorami zmian, domagając się od wykładowców przeniesienia procesów dydaktycznych do rzeczywistości wirtualnej (opartej np. na środowisku Second Life lub pracy w chmurze).

 

Obserwując aktualne trendy w szkolnictwie wyższym USA trzeba chyba powiedzieć w ślad za Wielbutem, że gwałtownie narasta tam „trzecia fala”, a jej główną cechą jest udostępnianie kursów uniwersyteckich online za darmo i dla każdego. Zjawisko jest na tyle ważne, że niewątpliwie warto jeszcze do niego wrócić na niniejszym blogu i przeanalizować je bliżej, może bowiem wywrzeć wpływ również na polskie szkolnictwo wyższe, które i bez ekspansji uczelni amerykańskich musi się mierzyć z poważnym spadkiem liczby studentów, spowodowanym głównie głębokim niżem demograficznym. Ale to temat na osobne rozważania.

 

Natomiast w obecnym poście chciałabym się zatrzymać przez chwilę nad pewnym fenomenem, który wydaje się stanowić podstawę pojawiających się coraz to nowych konsorcjów, tworzonych przez najbardziej prestiżowe amerykańskie uniwersytety, które proponują bezpłatne, otwarte kursy realizowane przez znakomitych wykładowców tych uczelni. To już nie są repozytoria materiałów (czasem w formie zwykłych prezentacji Power Point lub plików pdf), przygotowane na potrzeby kursu online, jak to miało miejsce w bardzo „starej” już, bo zapoczątkowanej w 2001 roku, inicjatywie MIT OpenCourseware[2].

 

Obecnie w ofercie konsorcjów takich jak edX[3], Coursera[4] czy Udacity [5] znajdują się multimedialne kursy, uwzględniające interakcję uczących się, których ukończenie może być potwierdzone certyfikatem wystawionym przez uczelnie, która dany kurs firmuje.

 

Forma tych kursów jest dość mocno zróżnicowana i zapewne warto poświęcić jej osobny post, ale bez głębszych analiz można stwierdzić, że wszystkie te inicjatywy cechuje MASOWOŚĆ I OTWARTOŚĆ kursów. Nasuwa się więc skojarzenie z zapoczątkowanymi przez Stephena Downesa w 2008 roku kursami nazwanymi właśnie MOOC czyli Massive Open Online Courses. Ich celem było i jest uczenie się wzajemne, poprzez dzielenie się wiedzą w sposób swobodny i nieformalny. Uczestnikami kursów w formule MOOC są zazwyczaj profesjonaliści, pragnący podzielić się , czy też raczej „wymieniać się” wiedzą z ludźmi z dowolnej części świata, którzy mają podobne zainteresowania.

 

Idea MOOC została po raz pierwszy zaadoptowana do kursu uniwersyteckiego w 2011 roku przez Sebastiana Thruna i Petera Norviga z Uniwersytetu Stanforda, którzy ogłosili otwarty kurs online poświęcony sztucznej inteligencji, spotykając się z szerokim odzewem na całym świecie – w krótkim czasie na kurs zapisało się ponad 100 tysięcy osób.

 

Nie sposób w tym miejscu nie sformułować pytania – czy koncepcja MOOC rzeczywiście „pasuje” do kształcenia uniwersyteckiego? Czy to jest zapowiedź powszechnej, ogólnodostępnej i w dodatku bezpłatnej edukacji wyższej na najwyższym światowym poziomie?

 

Odpowiedzi nie znam, ale mam pewne wątpliwości. I nie jestem w tym z pewnością odosobniona. Po niedawnym wystąpieniu współtwórczyni inicjatywy Coursera - Daphne Koller w ramach TEDtalks[6] Tony Bates, znany kanadyjski autorytet w dziedzinie e-learingu sformułował na swoim blogu[7] szereg pytań, a właściwie zarzutów wobec założeń Cousery , wykorzystującej koncepcję MOOC jako podstawę organizacji kursów. Zresztą lektura blogu T.Batesa pokazuje, że z uwagą śledzi on rozwój tej inicjatywy gdyż tylko w sierpniu br. poświęcił jej trzy wpisy – zainteresowanych odsyłam do lektury bloga.

 

Natomiast kończąc swój post, który w założeniu ma stanowić właściwie wprowadzenie do dyskusji na temat koncepcji akademickich otwartych i masowych kursów online, chciałabym zwrócić uwagę na jeden aspekt wypowiedzi Daphne Keller, który mnie osobiście najbardziej zszokował.

 

Otóż, wysłuchawszy wystąpienia Daphne nie mogę się oprzeć wrażeniu, że propozycje Coursery to właściwie krok wstecz. Ze zrozumiałych względów przy stu tysiącach uczestników kursu nie jest możliwe sprawdzenie, czy nawet obserwowanie ich aktywności przez człowieka – jak zażartowała prelegentka – zajęłoby to wykładowcy 250 lat, zatem prowadzenie kursu jest w znacznej mierze zautomatyzowane – zaplanowane interakcje opierają się zadaniach, których poprawność może zweryfikować odpowiedni program, sprawdzanie stopnia opanowania wiedzy odbywa się w oparciu o testy i quizy a informacja zwrotna pochodzi głównie od innych uczących się. 


Czy tak zatem ma wyglądać nowoczesna edukacja? Czy w kształceniu online nie było już etapu kiedy kursy były „gotowe” i „zautomatyzowane” – pasujące do każdego a zatem właściwie do nikogo? Czy nie napisano już tysięcy słów na temat tego, że technologia ma wspierać nauczyciela a nie zastępować go? I na koniec – czy to jest rzeczywiście trzecia fala, czy raczej pierwsza, która „powracając” uległa pewnym zmianom?


PS. Postanowiłam osobiście sprawdzić jak wyglądają kursy Coursery i własnie zapisałam się na dwa z nich. Pierwszy zaczynam pod koniec września, trwa pięć tygodni a prowadzi go wykładowca - a jakże - ze Stanford. Pisząc swój pierwszy post na tym blogu nie przypuszczałam, że będę kiedyś faktycznie "studiować" na Stanford (no, może to troszkę za dużo powiedziane ;-)). Z pewnością podzielę się wrażeniami z czytelnikami tego bloga.A może ktoś już skończył taki kurs i napisze o swoich wrażeniach?



[1] http://www.e-edukacja.net/czwarta/_referaty/sesja_I/02_e-edukacja.pdf

[2] http://ocw.mit.edu/index.htm

[3] https://www.edx.org/

[4] https://www.coursera.org/

[5] http://www.udacity.com/

[6] http://www.youtube.com/watch?v=U6FvJ6jMGHU

[7] http://www.tonybates.ca/2012/08/05/whats-right-and-whats-wrong-about-coursera-style-moocs/

data dodania: 2.09.2012, komentarzy: 1