Szkoła inżynierów czyli latająca miotła czarownicy zamiast lekcji kaligrafii

Maria Zając

Po raz kolejny pragnę zainteresować czytelników tego bloga ciekawym przykładem szkoły, której sposób funkcjonowania jest wynikiem poszukiwań nowego modelu edukacji, ponieważ uważam, że jest to temat niezwykle ważny dla każdego społeczeństwa, które chciałoby mieć mądrych, myślących i twórczych obywateli. Kiedyś pisałam już o inicjatywie organizacji Vittra w Szwecji, natomiast dziś chciałabym krótko zaprezentować szkołę podstawową z Greenville, w stanie Południowa Karolina (USA). Dwudziestego stycznia 2014 r. w miesięczniku The Atlantic pojawiła się relacja z Engineering Week, który odbywał się właśnie w tej szkole. Co wyróżnia ją spośród innych? Po pierwsze nazwa: Elementary School of Engineering. Połączenie dość zaskakujące, jako że szkoła obejmuje klasy 0 do 5, ale praktyka pokazuje, że nazwa ta jest w pełni uzasadniona - program szkoły ukierunkowany jest na kształtowanie już u najmłodszych uczniów umiejętności praktycznych, po części właśnie „inżynierskich”. Niektóre zajęcia prowadzone są przez wolontariuszy z miejscowych firm, wśród których znajdują się tacy potentaci jak General Electric, Michelin czy BMW. Nikogo nie dziwi więc, że jedną z lekcji w czwartej klasie prowadzi ochotnik z GE, który wyjaśnia dzieciom jak powstała żarówka, razem z nimi mierzy ilość ciepła wydzielanego przez żarówkę a następnie wspólnie dyskutują jakie są konsekwencje tego, że żarówka zużywa większą część pobieranej energii na wytworzenie ciepła niż na wygenerowanie światła. Praca w szkole odbywa się głównie w oparciu o projekty, bardzo mocno związane z ochroną środowiska naturalnego, każdy rocznik ma przydzielony inny temat przewodni, a sposób jego realizacji został tak zaplanowany, aby łączył „zagadnienia inżynierskie” z poziomem zainteresowań dzieci. I tak np. uczniowie z klasy pierwszej przygotowując inscenizację opowieści pt. Czarnoksiężnik z krainy Oz, konstruowali w zespołach systemy lin i bloków, które umożliwiłyby lot czarownicy. Najlepszy zespół w nagrodę otrzymał bilety na przedstawienie w „prawdziwym” teatrze.

 

Dyrekcja szkoły i zatrudnieni w niej nauczyciele mają bardzo dużo pomysłów na to, jak rozbudzać wyobraźnię i kreatywności uczniów, a po niespełna pięciu latach istnienia szkoły[1] nie brak ani firm zainteresowanych współpracą[2] ani rodziców, którzy pragną do niej zapisać swoje dzieci. Wkrótce planowane jest otwarcie middle school, w planach jest także utworzenie high school of engineering w Greenville. Można zatem mówić o rzeczywistym sukcesie edukacyjnym.

 

Czy można też powiedzieć, że twórcy modelu szkoły znaleźli genialny sposób na to jak przystosować edukację do potrzeb współczesnych uczących się? W jakimś stopniu zapewne tak. Jednak - jak w przypadku każdego pomysłu - można się nim zachwycać i można go skrytykować. Gdzie jest więc owa przysłowiowa łyżka dziegciu, którą chciałbym dorzucić do mojego opisu?

 

Otóż, okazuje się, że w dobie wszechobecnych technologii również i w tej szkole uczniowie bardzo wcześnie zaczynają kontakt z ICT. Przedszkolaki bawią się klawiaturą (niepodłączoną do żadnego urządzenia!), poznając drukowane litery i cyfry, w klasie drugiej każdy uczeń zostaje wyposażony w iPad i uczy się tworzyć prezentacje w Power Poincie[3]. Czwartoklasiści już samodzielnie przygotowują prezentacje służące przedstawieniu rezultatów projektów. Natomiast program szkoły w ogóle nie przewiduje nauczania pisma odręcznego. Dla ścisłości warto podkreślić, że nie chodzi tutaj dosłownie o - zaniechane już dawno także w Polsce – nauczanie sztuki pięknego pisania czyli kaligrafii, ale o zwykłe ćwiczenia pisania piórem lub długopisem. Stopień opanowania tej umiejętności jest wprawdzie oceniany, ale nikt nie wymaga od uczniów, aby żmudnie wypełniali kolejne linie w zeszytach, ćwicząc jak się pisze poszczególne litery alfabetu. Dobrze to czy źle? Można oczywiście dojść do wniosku, iż jest to swoisty znak czasu. Twórcy programu szkoły argumentują, że współczesny człowiek wykorzystuje umiejętność pisania ręcznego tylko przy składaniu podpisów, a w każdej innej sytuacji może skorzystać z komputera, tabletu, telefonu… Niedawno opublikowane wyniki badań, przeprowadzonych na próbie ponad 325 tysięcy amerykańskich uczniów z 9 tysięcy szkół potwierdzają, że faktycznie ponad 50% uczniów szkół podstawowych korzysta ze smartfonów z dostępem do internetu, a w szkole średniej wskaźnik ten sięga już 89 procent. Niewiele niższe wartości ilustrują stopień wykorzystania tabletów (50%) i laptopów (60%).  Wszystko to prawda i temat wart jest osobnej uwagi, dlatego do wspomnianych badań powrócę w osobnym poście, natomiast teraz pozostańmy przy modelu szkoły z Greenville.

 

Autorka reportażu nie ukrywa, że jako matka dwóch małych chłopców przyjęła tę informację z zachwytem.  A ja nie będę ukrywać, że właśnie ta informacja ostudziła nieco mój zachwyt nad koncepcją szkoły. Czytając o tym jak dzieci uczą się dbałości o czystość wody, jak zakładają mini plantację bawełny, aby poznać od samego początku proces produkcji tkanin, jak samodzielnie wykonują dekoracje do przedstawienia, poznając przy tym zasady mechaniki, aby czarownica z przedstawianej bajki mogła latać myślałam: jak to dobrze, że znalazł się ktoś, kto potrafi w mądry sposób wrócić do tych wartości kształcenia, które rozwijają człowieka bardziej wszechstronnie. Że istnieją szkoły, w których uczniowie mogą tworzyć, myśleć i wymyślać, konstruować, eksperymentować i to nie na ekranie komputera czy tabletu, ale w rzeczywistości. Czy umiejętność pisania jest mniej ważna?  Odpowiedź na to pytanie przynosi samo życie, posłużę się więc przykładem. Parę dni temu w przychodni lekarskiej, do której byłam zapisana na wizytę, przez kilka godzin nie działał system komputerowy. Przez ten czas lekarze pracowicie notowali na kartkach informacje o przebiegu każdej wizyty, ręcznie też wypisywali pacjentom recepty.



[1] Szkoła powstała w 2010 roku, pierwsi absolwenci opuszczą szkołę w czerwcu 2014 r.

[2] obecnie jest ich ponad 20

[3] Autorka reportażu wyjaśnia, że wybór tej aplikacji jest wynikiem jej dużej popularności wśród inżynierów

 

data dodania: 8.02.2014, komentarzy: 1

E-learning a programy operacyjne na lata 2014-2020

Marcin Dąbrowski

We wrześniu i październiku br. rząd przekazał do konsultacji społecznych założenia dwóch dużych programów operacyjnych na lata 2014-2020: PO Wiedza Edukacja Rozwój oraz PO Polska Cyfrowa. Obecnie projekty trafiają do Komitetu Stałego Rady Ministrów, tak by były gotowe do negocjacji z Komisją Europejską w pierwszej połowie 2014 r. Rozpoczęcie ich  realizacji zaplanowano na drugą połowę przyszłego roku. O ile można spodziewać się zmian w zakresie rozłożenia akcentów na poszczególne działania czy wysokości środków przeznaczonych na konkretne obszary, o tyle trudno oczekiwać  reorientacji w kierunkach strumieniowania funduszy, a szkoda, gdyż z perspektywy środowiska zajmującego się rozwojem e-learningu widoczny jest swoisty dysonans pomiędzy wspomnianymi programami.

 

W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa (PO PC) sformułowano cele związane z cyfrową aktywacją społeczeństwa, podwyższaniem kompetencji technologicznych oraz budowaniem popytu na e-usługi i e-treści. Pomijając pytanie, czy cele te dotyczą poprawy losu e-wykluczonych czy też po prostu wykluczonych i czy wskazanymi  narzędziami jesteśmy w stanie cokolwiek zmienić (polecam wpis na blogu „Polityki” – „Kultura 2.0”), należy docenić powstanie programu zakładającego inwestycję społeczną rzędu 10 mld zł. Realizacja celów PO PC powinna być wsparta zapewnieniem nowoczesnych zasobów wiedzy i form uczenia się przez całe życie. O ile popyt na e-treści i e-usługi (dzięki działaniom w ramach PO Polska Cyfrowa) zostanie zapewniony, o tyle strona podażowa procesu może nie sprostać zadaniu. Można wskazać dwie tego przyczyny. Pierwsza  to niewystarczające przygotowanie polskich uczelni (bądź innych instytucji, niemających dobrych wzorców akademickich) do zapewnienia takich zasobów i form kształcenia, druga natomiast – ukierunkowanie środków w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój 2014-2020 (PO WER). Krajowe uczelnie, wzorem zachodnich ośrodków, powinny od lat gromadzić różnorodne i bogate doświadczenia w zakresie stosowania e-learningu, oferując także pełnowartościowe studia zdalne. Niestety rozwój e-learningu akademickiego w Polsce jest skutecznie hamowany uwarunkowaniami prawnymi, co podkreślono również  w opinii Stowarzyszenie E-learningu Akademickiego przekazanej  Ministerstwu Administracji i Cyfryzacji w ramach wspomnianych konsultacji. Sytuację jedynie pośrednio zmienić może realizacja PO WER. W programie tym, choć dużo uwagi poświęca się uczelniom, brakuje bezpośredniego ukierunkowania na e-learning jako nowoczesną formę kształcenia, odpowiadającą takim celom (PO PC), jak właśnie zapobieganie e-wykluczeniu w nowoczesnym społeczeństwie informacyjnym. Innowacyjne techniki dydaktyczne co prawda pojawiły się w dokumencie, ale jedynie w kontekście rozwoju potencjału dydaktycznego kadry uczelni, tj. przygotowania wykładowców do umiejętnego ich stosowania. To ważny aspekt rozwoju e-learningu, ale wydaje się, iż sześcioletni program operacyjny powinien iść o krok dalej – wyznaczając kluczowe cele wykorzystania e-learningu w rozwoju „społeczeństwa wiedzy”. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, iż konkretne typy operacji tj. konkursów w ramach osi priorytetowej dotyczącej szkolnictwa wyższego uwzględnią tę potrzebę.

data dodania: 27.11.2013, komentarzy: 1

Zawody przyszłości - konsultant ds. prywatności, menedżer cyfrowej śmierci a może chirurg pamięci?

Maria Zając

Konsekwencją gwałtownego rozwoju technologii informacyjno-komunikacyjnych, jaki daje się obserwować od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia jest przede wszystkim powszechny dostęp do informacji i zmiana sposobu jej przetwarzania przez człowieka. Dane zapisywane w postaci cyfrowej dają się łatwo zmieniać, aktualizować i analizować. W licznych doniesieniach prasowych, jak i w poważnych publikacjach naukowych można przeczytać o zmianach, jakie zachodzą w sposobie przyswajania i wykorzystania informacji, szczególnie przez młodych ludzi, którzy urodzili się i wychowują w otoczeniu technologii cyfrowych. Futuryści przepowiadają natomiast pojawienie się nowych zawodów, również będących konsekwencją „otaczania nas” przez  cyfrową rzeczywistość, czy wręcz „zanurzenia” w niej.

 

Jakie to będą zawody?

Po obejrzeniu kilku prezentacji wskazanych przez wyszukiwarkę Google w odpowiedzi na hasło „jobs of the future” doszłam do wniosku, że odpowiedź zależy w dużej mierze od tego, czy za punkt wyjścia tych prognoz zostaną przyjęte możliwości czy potrzeby. W niniejszym poście chcę się skoncentrować na dwóch takich zestawieniach. W styczniu 2010 roku został opublikowany w Wielkiej Brytanii raport rządowy zawierający prognozy dotyczące zawodów, jakie będą występować w 2030 roku. Na liście utworzonej w oparciu o wypowiedzi znanych badaczy i futurystów pojawiły się takie zawody jak: body part maker, produkujący „części zamienne” dla sportowców i żołnierzy, memory augmentation surgeon – chirurg, który będzie mógł oczyścić naszą pamięć gdy się przepełni, albo – classroom awatar manager – osoba, która będzie sterować doborem inteligentnych awatarów do potrzeb uczniów, awatary te zastąpią nauczycieli. Nie podejmuję się rozstrzygać jak realne są te prognozy,  osobiście określiłabym je raczej jako „wynik fascynacji możliwościami”, ale oczywiście mogę się mylić.

 

Odmienną listę zawiera prezentacja opublikowana na początku września tego roku w serwisie Slide Share. Wśród 20 wymienianych w niej zawodów można znaleźć takie, które już zaczynają się pojawiać oraz takie, które powstaną w ciągu najbliższych 10 lat jako odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie społeczne. Do pierwszej kategorii wybrałabym z podanej listy zawód miejskiego ogrodnika (urban shepherd) czyli specjalisty od zagospodarowania nietypowych przestrzeni zielonych w mieście, np. na dachach wieżowców, terapeuty leczącego z uzależnienia od mediów cyfrowych (digital detox therapist) – jak wiadomo już teraz występuje zjawisko uzależnienia od internetu, oraz managera cyfrowej śmierci (digital death manager) – zapewne już wielu z nas przekonało się jak trudno jest „wymazać” swoje dane np. z serwisów społecznościowych gdy już raz tam trafiły.

 

Uważny obserwator rzeczywistości prawdopodobnie będzie gotów przyznać, że całkiem realne jest również zapotrzebowanie na specjalistów od crowdfundingu (crowdfunding specialist), speców od Linden dollars i innych walut występujących w wirtualnych światach (alternative currency speculators), czy konsultantów ds. zachowania prywatności (privacy consultant). Nieco bardziej intrygujące – przynajmniej dla mnie – są natomiast zawody takie jak: Printing handyman („złota rączka” ery cyfrowej?), Curiosity tutor, Corporate disorganizer czy Hackschooling counselor. Świadomie nie rozszyfrowuję ich nazw chcąc skłonić czytelników tego postu do refleksji. Najpierw co kryje się za tymi nazwami, a następnie co oznacza potrzeba powstania takich zawodów, o ile oczywiście powstaną. Muszę przyznać, że moje refleksje po obejrzeniu prezentacji były dość niewesołe. Świadczą one moim zdaniem o tym, że już w niedługim czasie bardzo silnie odczujemy negatywne skutki  powszechnej obecności technologii cyfrowych w naszym życiu. A może się mylę? Może to niepotrzebne i nieuzasadnione obawy?

data dodania: 22.09.2013, komentarzy: 0

E-learning potrafi!

Marcin Dąbrowski

W dniu 2 lipca, podczas konferencji Stowarzyszenia PR i Promocji Uczelni Polskich PRom (www.prom.edu.pl), wyłoniono zwycięzców konkursu wyróżniającego projekty działające na rzecz promocji edukacji. Stowarzyszenie od trzech lat przyznaje nagrody projektom i działaniom przyczyniającym się do promocji nauki i uczelni.

 

W kategorii dotyczącej nauki (edukacji) za najlepszy uznano projekt SGH pt. „Kafeteria Edukacyjna dla Licealistów – Akademia Edukacji Menedżerskiej” (www.kafeteria.edu.pl) – najbardziej e-learningowy spośród  14 nominowanych! Tym samym o jego walorach usłyszało ponad 120 zgromadzonych na sali przedstawicieli szkół wyższych z całej Polski – pracowników działów PR i promocji uczelni publicznych i niepublicznych oraz ich rzeczników prasowych, a także pracowników biur prasowych. Można żywić nadzieję, iż projekt jako dobra praktyka będzie inspiracją do rozwijania podobnych przedsięwzięć w kolejnych ośrodkach akademickich.

 

Kafeteria skierowana jest do uczniów z całej Polski i rozwijana wspólnie z NBP. Obejmuje 50 różnych wydarzeń edukacyjnych w ramach 5 bloków tematycznych i 14 form edukacyjnych. Głównym celem projektu jest budowanie kluczowych kompetencji uczniów (1000 osób rocznie) w zakresie przedsiębiorczości oraz nowoczesnych technologii. Jest to możliwe dzięki specjalnie skonstruowanej ofercie programowej obejmującej wydarzenia edukacyjne z różnorodnych obszarów tematycznych oraz zastosowaniu narzędzi doboru ścieżki edukacyjnej adekwatnej do indywidualnych zainteresowań licealistów. Zajęcia prowadzone są w formie wykładów e-learningowych, forów, czatów, zajęć w Second Life, a także filmów edukacyjnych zakończonych dyskusją online. Uczeń może również wziąć udział w wieloetapowych konkursach, w których oceniana jest jego aktywność społeczno-ekonomiczna oraz ma do wyboru sześć sesji doradztwa biznesowego. Każdy licealista, wybierając indywidualnie swój program edukacji w Kafeterii, może – poprzez zaliczenie wybranych zestawów zajęć – uzyskać specjalny dyplom z danej ścieżki kształcenia (a na najaktywniejszych uczestników zajęć czekają dyplomy z wyróżnieniem, zatytułowane "Profesjonalny Menedżer").

 

Za nami cztery edycje projektu, które objęły ponad cztery tysiące licealistów. Część uczestników, obecnie będąc już na studiach, z powodzeniem korzysta z oferty wykładów e-learningowych w SGH.

data dodania: 5.07.2013, komentarzy: 2

Nieoczekiwana zmiana miejsc?

Maria Zając

W znanym filmie Johna Landisa[1], od którego zapożyczyłam tytuł niniejszego wpisu zmiana miejsc jest wynikiem kaprysu dwóch znudzonych multimilionerów, którzy kłócą się o to czy środowisko dorastania determinuje przyszłość człowieka. W wyniku podjętej przez nich intrygi Billy Ray Valentine  – złodziejaszek ze slumsów oraz Louis Winthorpe III – dobrze zapowiadający się młody biznesmen nieoczekiwanie zamieniają się miejscami, co naturalnie wywołuje w ich życiu sporo zawirowań. Z czasem obaj odnajdują się w nowej roli i wspólnie opracowują plan zemsty. I znów następuje zmiana ról – autorzy intrygi nieoczekiwanie stają się jej głównymi adresatami.

 Dlaczego na blogu o edukacji przywołuję ten właśnie film? Bynajmniej nie dlatego, że chcę tutaj analizować związki pomiędzy życiowym sukcesem a środowiskiem i wychowaniem. Skojarzenie pojawiło się w związku z zamianą ról, o której przeczytałam na stronie internetowej poświęconej iSchool Initiative.

 Zacznijmy jednak od początku czyli od … gwiazdkowego prezentu. Travis Allen, wówczas siedemnastolatek, dostał od rodziców w prezencie iPhone i chciał go wykorzystać w szkole do robienia notatek ale nauczyciel zabronił mu, uważając że jest to zabawa i marnowanie czasu. „Zabawka” została zarekwirowana przez nauczyciela i rodzice musieli zgłosić się po nią do szkoły. Rozgoryczony nastolatek postanowił udowodnić nauczycielom, że urządzenia mobilne takie jak smartfony i tablety mogą być efektywnie wykorzystywane w szkole. A nawet więcej - że są – jak jest przekonany – niezbędnym elementem współczesnej edukacji. Opublikowane przez Travisa na YouTube[2] nagranie video, w którym opowiada jak zamierza zrewolucjonizować amerykańską edukację przy pomocy technologii mobilnych, wywołało duże zainteresowanie, szczególnie wśród uczniów. Autor pomysłu otrzymał od rówieśników wiele maili potwierdzających, że uczniowie faktycznie oczekują od nauczycieli istotnych zmian w podejściu do sposobu kształcenia. Poparcie to zachęciło Travisa Allena do utworzenia uczniowskiej inicjatywy typu non-profit, której misją jest ukazywanie jak technologie mobilne mogą pomóc lepiej przystosować edukację XXI wieku do potrzeb współczesnych uczniów. Nie bez racji Allen (obecnie już student Kennesaw State University) założył, że w pierwszej kolejności działania „uświadamiające” należy skierować do nauczycieli. Zaczął więc organizować warsztaty, podczas których członkowie jego zespołu, studenci tej samej uczelni, pokazywali nie tylko jak posługiwać się tabletem czy smartfonem ale przede wszystkim, w jaki sposób wykorzystać te urządzenia do zdobywania nowej wiedzy i umiejętności, czyli po prostu do uczenia się, a także do uczenia innych. Tak powstała inicjatywa o nazwie iSchool, jej oficjalny początek odnotowano w 2011 roku, a już w roku kolejnym zespół ogłosił Digital Learning Revolution i wyruszył w trasę po Stanach Zjednoczonych, proponując edukację mobilną w dosłownym znaczeniu. Specjalnie przystosowany autobus służy równocześnie za mieszkanie dla zespołu, jak i za salę, w której przeprowadzane są warsztaty, poświęcone edukacyjnym zastosowaniom technologii mobilnych. O skali popularności tego przedsięwzięcia może świadczyć mapa trasy jaką pokonali pasjonaci z iSchool podczas tegorocznej DLR Tour [3], a opublikowane nagrania wideo[4]  z  warsztatów potwierdzają zaangażowanie uczestników.

 

Co ma wspólnego wspomniany film z inicjatywą iSchool? Niekoniecznie chodzi tutaj bezpośrednio o „chłopaka ze slumsów” i „dobrze zapowiadającego się biznesmena” (choć Travis pewnie ma szanse nim zostać ;-)). Ważna jest natomiast analogia do tych, „którzy decydują” i tych, którzy „muszą słuchać”. Współczesny uczeń coraz częściej jest zainteresowany decydowaniem o własnej edukacji – o tym czego i jak się uczy. A inicjatywa iSchool pokazuje, że uczeń może także skutecznie uczyć nauczyciela ;-)

 

Zmiana ról może się pojawić w sposób nieoczekiwany jeżeli nie będziemy starać się na nią przygotować. Studenci wcale nierzadko mają w wybranym obszarze wiedzę większą niż nauczyciel. To dość naturalne zjawisko jeżeli wziąć pod uwagę, że na ogół każdy z nas chętniej zgłębia problem, który go fascynuje. Praktyka dowiodła niejednokrotnie, że studenci potrafią przeprowadzić ciekawe zajęcia dla koleżanek i kolegów, jeżeli tylko wiedzą że zostanie to odpowiednio docenione. Warto zatem pozwolić im podzielić się wiedzą, którą zdobyli samodzielnie  – zaistnieć, a nawet zabłysnąć na tle grupy. Nie bójmy się „zamiany miejsc” – lepiej dać na nią świadome przyzwolenie wtedy gdy jeszcze możemy decydować o warunkach, w jakich się odbywa, niż pozwolić na to, aby nas zaskoczyła – wtedy możemy już zupełnie nie mieć wpływu na rozwój sytuacji.

 

 A może ktoś z czytelników tego bloga zechce się podzielić swoimi doświadczeniami wynikającymi z zamiany ról? Zapraszam :)

 

 I jeszcze jedna refleksja – odwiedzając zagraniczne serwisy internetowe poświęcone edukacji łatwo można zauważyć, że na wielu z nich temat wykorzystania urządzeń mobilnych w pracy z uczniami i studentami poruszany jest bardzo często. Przy czym widać dość istotną zmianę podejścia w toczących się debatach – coraz rzadziej pojawia się pytanie o to, czy warto stosować np. iPady w szkole, jego miejsce zastępuje natomiast pytanie o to jak ich używać (i innych podobnych im urządzeń) aby edukacja faktycznie spełniała oczekiwania uczniów. Pomysłów jest coraz więcej ale … serwisy, o których mowa na ogół są angielskojęzyczne i przez to często mało przydatne dla polskich nauczycieli. Czy potrzebujemy zatem naszego rodzimego Travisa?



[1] Trading places (Nieoczekiwana zmiana miejsc), John Landis, 1983

[3] Więcej o wyprawach organizowanych w ramach DRL oraz o całej inicjatywie można przeczytać na stronie http://ischoolinitiative.org/

data dodania: 15.06.2013, komentarzy: 1