Bardzo interesujący artykuł! Tym bardziej dlatego, iż autor sam jest przykładem inbreedingu.
Dlaczego nie starać się naprawiać system zaczynając od samego siebie?
Gość e-mentora, 2007-10-10 09:52:37
Dociekliwego gościa - znawcę mojego c.v. informuję, że od 1994-1996 roku pracowałem w firmie handlowej,przez 4 lata po zdobyciu tytułu magistra pracowałem także w dziale marketingu w branży turystycznej. Na AE w Poznaniu jestem zatrudniony od 1999 roku (mgr: 1995) tylko dzięki przypadkowi - jeden asystentów zatrudnionych w ramach inbreedingu. Poza tym przez 18 mies. pracowałem we Wiedniu (ZSI.at) 2002-2003. Poza tym trzy letnie, wakacyjne sezony spędziłem na stanowisku kierowniczym na obozach letnich w USA (1995-1997). Życzę wszystkim polskim naukowcom tylu poza-uniwersyteckich doświadczeń zawodowych.
Gość e-mentora, 2007-10-10 15:51:48
Brawo Panie Doktorze :)
Gość e-mentora, 2007-10-10 15:56:54
Brawo, doskonala riposta :)
A co do artykulu - zgadzam sie z autorem - moze nie do konca co do zatrudniania absolwentow - bo zawsze mozna pracowac rowniez gdzie indziej i tam zdobywac doswiadczenie - ale co do zamkniecia sie srodowiska, malego korzystania ze stazy zagraniczncych i wymian oraz malego przeplywu pracownikow miedzy uczelniami
Zupelnie inny gość e-mentora, 2007-10-10 15:58:31
P.S. W tekście jest mowa o "kojarzeniu krewniaczym" - wydaniu uniwersyteckim wygląda to tak , że na uczelniach zatrudniani "goście tacy jak my" - 'guys like us'. Pierwszym kryterium przemawiającym za zatrudnieniem asystenta bywała po prostu nić sympatii pomiędzy kierownikiem katedry a świeżo upieczonym magistrem bądź seminarzystą. W moim c.v. brakuje chyba dowodów na "kojarzenie krewniacze": temat mojego doktoratu - nie zostałęm przyjęty na studia doktoranckie dzienne w r. 1996; temat "zarządzanie wiedzą" został w toku 1997 niemal wyśmiany w trakcie seminarium służącego otwarciu mojego przewodu doktorskiego. Reasumując: nie czuję się osobiście częścią systemu inbreedingu.
AJ Fazlagić, 2007-10-10 16:00:55
Profesor wybiera najzdolniejszego studenta na asystenta, tenże otrzymuje etat na uczelni, robi doktorat, habilituje się, po czym produkuje kolejne pokolenie teoretyków nie znających realnego zycia. I tak od lat. Człowiek z "realu" - by dojść do habilitacji musiałby spędzić choć kilka lat na uczelni kłaniając się komu należy, popijając kawkę z kim trzeba, bo jak inaczej uzyska dość głosów za otwarciem takiego czy innego przewodu? To nie zazdrość. Mogę wyżyć bez habilitacji, jestem autorem książek od kilkunastu lat wydawanych w PWE a ostatnio też w Moskwie, czego życzę wszystkim "książkowym" docentom i profesorom.
mARECZEK, 2007-11-07 17:24:07
Myślę, że są dwa ważne wątki. Pierwszy, to fakt, że w Europie kontynentalnej (Hiszpania, Francja, Niemcy, także Polska i inne kraje) nie ma praktycznie rynku pracy naukowców. W tym sensie nie zgadzam sie absolutnie z autorem, ze inbreeding jest problemem specyficznie polskim natomiast zgadzam się, że jest problemem istotnym. Polega to na zatrudnianiu 'ulubionych studentów' i nieprawdziwych konkursach. Niektórzy naukowcy wierzą, że powoduje to tworzenie 'szkoły'. Jest oczywiste, że zatrudnianie w ten sposób powoduje w długiej skali czasowej mniejszą efektywność niż zatrudnianie najlepszych kandydatów. Drugim, związanym, problemem jest zatrudnianie na uczelniach osób pozbawionych doświadzenia w realnym świecie. Jest to szczególnie widoczne w szkołach biznesu gdzie studenci, słusznie, nie mają zwykle przekonania do nauczcieli np. planowania strategicznego bez doświadczenia w biznesie, na poziomie na jakim takie zarządzanie faktycznie ma miejsce. Dotyczy to zresztą nawet nauk humanistycznych: trudno byłoby mi nauczać politologii bez żadnego doświadczenia w polityce; mało też przekonują kursy z malarstwa prowadzone przez osoby nie będące malarzami a 'creative writing' nie będących pisarzami o jakimś dorobku itd.
Nie będąc idealistą uważam, że 80% konkurów na stanowisko nakowe w USA to rzeczywiście konkursy otwarte (a tylko 20% to sytuacje jakiegoś preferowanego kandydata, zresztą czasem uzasadnione potrzebami projektu lub uczelni). Natomiast byłoby dowodem wielkiego optymizmu twoerdzenie, że w Hiszpanii, Francji czy Polsce 20% konkursów jest rzeczywiście otwartych dla najlepszego zgłąszającego się kandydata a nie dla jakiejś wcześniej wybranej osoby dla której 'tworzy się' etat. Natomiast propozycje rozwiązania problemu nie wydają mi się wystarczające, a niektóre są niesłuszne. Niewystarczająca jest propozycja, żeby tworzyć czasowe miejsca pracy dla osób z Ukrainy czy Indii; właściwsze jest otwarcie miejsc pracy (nie czasowych, normalnych) dla wszelkich najlepszych kandydatów niezależnie z jakiego kraju. Nauka jest zasadniczo międzynarodowa. Natomiast nie zgadzam się z przecenianiem kryterium 'produktywności' naukowej promowanym obecnie w Polsce. Wiele najcenniejszych projektów badawczych wymaga okresu bez publikacji, a potem owocuje w paru pracach o znacznej wartości; ale to już jest temat na inna dyskusję.
Piotr Bołtuć, 2007-12-07 13:47:50
Polega to na zatrudnianiu 'ulubionych studentów' i nieprawdziwych konkursach. Niektórzy naukowcy wierzą, że powoduje to tworzenie 'szkoły'. Jest oczywiste, że zatrudnianie w ten sposób powoduje w długiej skali czasowej mniejszą efektywność niż zatrudnianie najlepszych kandydatów. Drugim, związanym, problemem jest zatrudnianie na uczelniach osób pozbawionych doświadzenia w realnym świecie. J
Gość e-mentora, 2009-06-30 11:47:53
nie czuję się osobiście częścią systemu inbreedingu.
Gość, 2010-08-03 14:22:48
|