Karykatura e-learningu a jego ograniczanie

Wojciech Zieliński

Częściowo wracam do obiecanego omawiania rezultatów zleconych przez KOWEZiU badań „Diagnoza stanu kształcenia na odległość w Polsce” dotyczących e-learningu w systemie kształcenia zawodowego i ustawicznego. Jak już pisałem wyłaniał się z nich dość niewesoły obraz. E-learning był w tym segmencie edukacji praktycznie nieobecny. Nie nastrajała także optymizmem sytuacja w tych szkołach i placówkach, które chwaliły się, że e-learning wprowadziły. W badaniach ilościowych większość ankietowanych z tych instytucji wskazała, że prowadzony przez nie e-learning miał formę samokształcenia kierowanego przez nauczyciela. Na czym to w praktyce polegało? Rozszyfrujmy poszczególne elementy nazwy. „Samokształcenie” to najczęściej czytanie przez uczestnika kursu otrzymywanych tekstów. „Kierowanie przez nauczyciela” to z kolei przesyłanie przez tegoż kolejnych tekstów do przeczytania.
W obszarze popularności e-learningu sytuacja wydaje się w ostatnich miesiącach zmieniać. Od września obowiązuje znowelizowana ustawa o systemie oświaty uzupełniona o rozporządzenie MEN dotyczące kształcenia ustawicznego w formach pozaszkolnych. Jak na polskie warunki jego zapisy są rewolucyjne. Co prawda e-learning nadal jest nazywany kształceniem „z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość” i co prawda nadal mówi się o „wymiarze godzin” zajęć prowadzonych w tej formie, ale już wysokość tego „wymiaru” MEN pozostawił do decyzji samym placówkom prowadzącym kształcenie. Dla kursów prowadzonych przez centra kształcenia ustawicznego i praktycznego nie ma więc żadnych ograniczeń „procentowych” na e-learning. Zbiega się to z podniesieniem rangi kursów zawodowych oferowanych przez te instytucje. W efekcie, jak twierdzą przedstawiciele MEN, obserwuje się zwiększone zainteresowanie e-learningiem i jego rosnący udział w tego typu kursach. Druga obserwacja jest jednak taka, że przybiera on formę wspomnianego wyżej „samokształcenia kierowanego” traktowanego jako wygodny sposób wypełnienia wymaganego programem wymiaru godzin zajęć szczególnie na kursach zaocznych. To z kolei budzi niepokój decydentów i ponownie kieruje ich myślenie ku narzuceniu ograniczeń na zakres stosowania e-learningu.
Nie ma wątpliwości, że to, co wyżej opisuję, to nie jest e-learning tylko jego karykatura. Ale czy prowadzenie zajęć w sali lekcyjnej jest gwarancją, że nie staną się one karykaturą dobrych praktyk nauczania? Kto z nas nigdy na zajęciach nie grał w przysłowiowe „kółko i krzyżyk”, bo były nudne i niezrozumiałe? Nadal obstaję przy tym, że prawo nie powinno w żaden sposób faworyzować bądź dyskryminować określonej formy organizacji kształcenia. Liczą się rezultaty i proces, który prowadzi do ich osiągnięcia. Takie myślenie dominuje w najbardziej rozwiniętych państwach europejskich. Jeśli mamy być inni, to może wprowadźmy symetrycznie wymagania na kształcenie „z wykorzystaniem metod i technik kształcenia bezpośredniego”.

Data dodania: 13.12.2012

Wojciech Zieliński

Członek Zarządu Stowarzyszenia E-learningu Akademickiego, członek Komitetów Doradczych eLearning Papers oraz Online Educa w Berlinie. Prezes Zarządu MakoLab S.A. Zarządzał wieloma projektami e-learningowymi, w tym studiami online na platformie Polskiego Uniwersytetu Wirtualnego oraz E-egzaminem 2008. Jego zainteresowania koncentrują się wokół wykorzystania technik informacyjnych w uczelniach. Prowadzi działalność doradczą i jest autorem wielu publikacji z tego zakresu.