Maria na Stanford, ja do Karoliny :-)

Dorota Kwiatkowska

Zaproszenie do Zespołu Bloga o e-edukacji przyjęłam z radością. Pierwszym krokiem w poszukiwaniu inspiracji było zbadanie, kto i o czym bloguje, jeżeli bloguje w rzeczonym temacie. Blogujących jest wielu, piszą często i sporo, zarówno na temat rozwiązań technologicznych, jak i projektowania oraz dydaktyki, które to tematy są mi najbliższe. Nie chcąc powielać i przytaczać (idea porządkowania tak wielkiej liczby informacji również nie wydała mi się na razie pociągająca), postanowiłam, że zacznę pisać o swoich własnych doświadczeniach w roli e-ucznia. Pożyteczne z pożytecznym – już od jakiegoś czasu miałam ochotę na kolejny e-kurs.

W celu powyższym sięgnęłam po listę znalezionych wcześniej e-kursów i dokonałam szybkiego wyboru. Padł na dwa szkolenia wchodzące w skład Carolina Online Teacher Program, realizowany przez North Carolina e-Learning for Educators: Facilitating Online Collaboration oraz Assessment and Evaluation in Your Online Course. Co prawda istnieje znikome prawdopodobieństwo, iż będę kiedykolwiek uczyła w Północnej Karolinie, ale postanowiłam potraktować ten fakt jako zaletę – uczę się dla siebie i dla przyjemności uczenia się. Oraz zbierania nowych doświadczeń z obszaru e-dydaktyki, rzecz jasna :-)

Już pierwsze wrażenia z udziału w kursach są dla mnie wartościowe...

  1. Nie ma multimedialnych i technologicznych fajerwerków – dominuje uczenie się problemowe i dyskusja. A jednak nie jest nudno ;-)
  2. Nie ma podręcznika ani skryptu w nieśmiertelnym formacie PDF, który należałoby przyswoić na tyle, aby potem móc szybko wyszukać odpowiedź na otrzymane pytanie testowe np. o datę założenia lub też zlikwidowania Telewizyjnego Technikum Rolniczego (doświadczyłam na własnej skórze, nie zmyślam). Inna sprawa, że anglojęzycznych źródeł, z których mogą skorzystać projektanci kursów, jest zdecydowanie więcej niż polskojęzycznych. Syntetyczne i prosto sformułowane opisy zagadnień i ich rozwinięcie na kilku polecanych stronach internetowych, to wszystko, co należy przeczytać w danym tygodniu. I nie mam wrażenia, że są to opisy zbyt powierzchowne, a pewne doświadczenie w temacie posiadam.
  3. Terminy wykonania zadań rozłożone równomiernie w trakcie trwania modułu – nie ma więc mowy o zostawianiu pracy na ostatnią chwilę – prokrastynatorzy muszą cierpieć ;-) Nauczyciele przypominają o wszystkich terminach i kontaktują się z uczestnikami właściwie codziennie. Nie przepadam za stylem dyrektywnym w nauczaniu, ale przyznaję, że na razie zdaje on egzamin...
  4. Oprócz zasad uzyskania zaliczenia duży nacisk kładzie się na zachowanie w grupie – sposób komunikowania (emotikony mile widziane!), zwięzłość wypowiedzi (to mi się przyda na pewno) oraz wzajemne poszanowanie i budowanie przyjaznych, sprzyjających nauce relacji. Mocno podkreśla się ich znaczenie jako istotnych czynników sukcesu kursanta.
  5. Nie wszystkie linki działają, a serwer Moodle psuje się z podziwu godną regularnością ;-)
Co jeszcze? Nauczyłam się ciekawych nowych "lodołamaczy" i poznałam na własnej skórze praktykę pre-assessments, ale o tym napiszę w kolejnym odcinku bloga.
A na razie wracam do Północnej Karoliny, uczestniczyć w e-zajęciach. Z zainteresowaniem czytam o polskich korzeniach moich amerykańskich kolegów (Dziuba z okolic Poznania, Zawadzki spod Krakowa), wdaję się w dyskusje i podglądam poczynania mojego nauczyciela, podziwiając jego aktywność (oraz liczę, ile godzin mu ona zajmuje;-)) Próbuję też ubrać moje zawiłe polskie myślenie o facylitacji i ocenianiu w amerykańskie zdania niezbyt złożone i nie zirytować kolegów. Na szczęście są cierpliwi i wspierający.
Your English is right on target, Dorota! (Uff…)
But a little bit funny, as well ;-)

Data dodania: 17.03.2012

Komentarze do wpisu:

Szanowna Pani Dorotko,

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam Pani post "Maria na Stanford, ja do Karoliny", bo nawiązuje on również do moich doświadczeń wyniesionych z uczestnictwa w amerykańskich i kanadyjskich kursach e-learningowych. W 100% potwierdzam Pani słowa wyartykułowane na blogu. Amerykańscy nauczyciele są w rzeczy samej cierpliwi i wspierający. Jako e-studentka w wirtualnej klasie zawsze czułam się słyszana, zauważana i zachęcana do przełamania np. nieśmiałości (wynikającej m.in. z faktu iż byłam jedyną Polką i osobą, dla której język angielski był językiem obcym) oraz otwartego wyrażania myśli (nawet tych które wydawały mi się śmieszne i mało znaczące). Również informacje zwrotne dla uczestników kursów konstruowane przez nauczycieli nigdy nie zawierały raniącej krytki i były napisane w nieco innym tonie i głosie niż tym, znanym mi z polskiej tradycyjnej i wirtualnej klasy. Poniżej kilka moich uwag i refleksji porównwczych, które nasunęły mi się zaraz po przeczytaniu Pani interesującego postu.

Kanadyjskie zadania zaplanowane na dany tydzień zawsze odwołują się do przekazywanych treści lekcyjnych i wzmacniają cele dydaktyczne lekcji. Nie mogę tego samego powiedzieć o polskich e-kursach (w których do tej pory uczestniczyłam), a na których nie było związku między przekazywanymi treściami dydaktycznymi a zaprojektowanymi zadaniami. Zadania odnosiły się do treści merytorycznej nie omawianej na zajęciach i realizowały cele dydaktyczne, które wydawały się uczestnikom kursu “wzięte z kosmosu”.

Uczestnicząc w kanadyjskich kursach nauczanych przez Internet nie spotkałam się z praktyką (bardzo popularną w Polsce) zamieszczania na platformie plików pdf zawierających materiał do przeczytania dla studentów i traktowania ich jako opracowanej lekcji. Nie wiem dlaczego na polskich e-kursach prowadzonych na platformie Moodle nie wykorzystuje się wbudowanego w platformę modułu używanego do tworzenia lekcji. W Kanadzie jeśli lekcja ma formę dyskusji seminaryjnej albo polega jedynie na rozwiązaniu zadań, to nadal obowiązkem autora kursu jest zaprojektowanie lekcji, która musi zawierać stałe elementy takie jak: wprowadzenie (wstęp) do lekcji, cele dydaktyczne, literatura oraz internetowe źródła informacji, zasadnicze treści dydaktyczne (w tym: wskazówki i wyjaśnienia dla studentów) oraz podsumowanie. Niedopuszczalne jest traktowanie jako lekcji zbioru artykułów do przeczytania zamieszczonych na stronie głównej kursu w formie plików pdf. Studenci zapisani na kurs po dokonaniu odpowiedniej opłaty spodziewają się otrzymać od e-nauczyciela, którego uważają za eksperta w danej dziedzinie jakieś instrukcje, wskazówki, wyjaśnienia oraz oryginalny materiał lekcyjny, a nie tylko zbiór artykułów do przeczytania. Zawartość lekcji reprezentuje wiedzę nauczyciela, jej brak porównywany jest do nieobecności nauczyciela/wykładowcy na zajęciach prowadzonych w tradycyjnej klasie.

Pani Dorotko - na marginiesie wspomnę, że kanadyjski kurs z zakresu moderowania e-kursów prowadzony w seminaryjnej formie był jednym z najbardziej interesujących, inspirujących oraz pracochłonnych. Życzę Pani jak nawięcej pasjonujących doświadczeń z pozycji e-studenta oraz wirtualnego nauczyciela. Raz jeszcze dziękuje za ciekawe refleksje.

PS. Czy miała Pani podobne doświadczenie uczestnicząc w polskich e-kursach?

Pozdrawiam serdecznie z Toronto Joanna Dąbrowska, Canadian College of Online Training

Pani Joanno,

bardzo dziękuję za ciekawy komentarz do mojego wpisu. Moje odczucia związane z atmosferą panującą na kursie są bardzo podobne do Pani spostrzeżeń ? przyjazna atmosfera, cierpliwy nauczyciel, rzetelna, konstruktywna i wspierająca informacja zwrotna. Podobają mi się również, dosyć rzadko u nas proponowane, zadania polegające na wzajemnej ocenie własnej pracy przez kursantów. Sporo uczą i przede wszystkim przełamują opór przed formułowaniem takiej oceny ? przydałoby się to naszym studentom (i nie tylko), którzy mają z tym ogromny problem, zwłaszcza jeżeli chodzi o życzliwe i konstruktywne wskazanie błędów, sugestie zmian. Cenne.

Jeżeli zaś chodzi o kursy, w jakich uczestniczyłam w kraju (nie było ich tak wiele, bo i oferta nie jest bogata), ja dostrzegam trzy problemy:

1) Mimo postulatów, nadal często centralną rolę na e-kursie pełni? skrypt w formacie PDF, a aktywności są projektowane ?pod skrypt?. Treści skryptów również często pozostawiają wiele do życzenia. I tak np. na zajęciach dotyczących metodyki e-learningu musiałam zmierzyć się z 10 stronami? historii nauczania na odległość (sięgnęliśmy do Mojżesza?;-)), a pytania testowe dotyczyły chociażby wspomnianej daty utworzenia telewizyjnego technikum rolniczego lub ram czasowych kolejnych generacji nauczania na odległość, powiedzmy szczerze ? wiedza średnio przydatna e-nauczycielowi ;-)

2) Brak związku zadań z realnymi problemami, jakie napotkają uczestnicy zajęć w swojej pracy. Proces dydaktyczny często opiera się na dyskusjach, testach i czasem interaktywnych ćwiczeniach (to taki polski standard: dyskusja, test i quiz), podczas gdy zaniedbywane są te zadania, które pozwalają na realne ćwiczenie umiejętności. Takie zadania wydają się szczególnie ważne w kursach dotyczących projektowania i prowadzenia zajęć zdalnych.

3) Ale grzechem głównym w moim odczuciu jest to, że sami edukatorzy nie przestrzegają tego, czego sami uczą?

Scenka rodzajowa (ocena przygotowanego kursu):
- Pani Dorotko, no ładny ten Pani kurs, przemyślany, tylko zastanawiam się dlaczego nie użyła w nim Pani żadnych elementów graficznych, które byłyby z pewnością cenne?
- Panie Nauczycielu, no cóż, mogłabym zapytać Pana o to samo ;-)

Nie twierdzę, że to jest powszechne, ale wiele jeszcze mamy do zrobienia? I kocham internet chociażby za to, że mogę uczyć się w Karolinie:-)

Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję za komentarz,
Dorota Kwiatkowska