Inbreeding w nauce polskiej

Komentarze do artykułu:

Bardzo interesujący artykuł! Tym bardziej dlatego, iż autor sam jest przykładem inbreedingu. Dlaczego nie starać się naprawiać system zaczynając od samego siebie?

Dociekliwego gościa - znawcę mojego c.v. informuję, że od 1994-1996 roku pracowałem w firmie handlowej,przez 4 lata po zdobyciu tytułu magistra pracowałem także w dziale marketingu w branży turystycznej. Na AE w Poznaniu jestem zatrudniony od 1999 roku (mgr: 1995) tylko dzięki przypadkowi - jeden asystentów zatrudnionych w ramach inbreedingu. Poza tym przez 18 mies. pracowałem we Wiedniu (ZSI.at) 2002-2003. Poza tym trzy letnie, wakacyjne sezony spędziłem na stanowisku kierowniczym na obozach letnich w USA (1995-1997). Życzę wszystkim polskim naukowcom tylu poza-uniwersyteckich doświadczeń zawodowych.

Brawo Panie Doktorze :)

Brawo, doskonala riposta :) A co do artykulu - zgadzam sie z autorem - moze nie do konca co do zatrudniania absolwentow - bo zawsze mozna pracowac rowniez gdzie indziej i tam zdobywac doswiadczenie - ale co do zamkniecia sie srodowiska, malego korzystania ze stazy zagraniczncych i wymian oraz malego przeplywu pracownikow miedzy uczelniami

P.S. W tekście jest mowa o "kojarzeniu krewniaczym" - wydaniu uniwersyteckim wygląda to tak , że na uczelniach zatrudniani "goście tacy jak my" - 'guys like us'. Pierwszym kryterium przemawiającym za zatrudnieniem asystenta bywała po prostu nić sympatii pomiędzy kierownikiem katedry a świeżo upieczonym magistrem bądź seminarzystą. W moim c.v. brakuje chyba dowodów na "kojarzenie krewniacze": temat mojego doktoratu - nie zostałęm przyjęty na studia doktoranckie dzienne w r. 1996; temat "zarządzanie wiedzą" został w toku 1997 niemal wyśmiany w trakcie seminarium służącego otwarciu mojego przewodu doktorskiego. Reasumując: nie czuję się osobiście częścią systemu inbreedingu.

Profesor wybiera najzdolniejszego studenta na asystenta, tenże otrzymuje etat na uczelni, robi doktorat, habilituje się, po czym produkuje kolejne pokolenie teoretyków nie znających realnego zycia. I tak od lat. Człowiek z "realu" - by dojść do habilitacji musiałby spędzić choć kilka lat na uczelni kłaniając się komu należy, popijając kawkę z kim trzeba, bo jak inaczej uzyska dość głosów za otwarciem takiego czy innego przewodu? To nie zazdrość. Mogę wyżyć bez habilitacji, jestem autorem książek od kilkunastu lat wydawanych w PWE a ostatnio też w Moskwie, czego życzę wszystkim "książkowym" docentom i profesorom.

Myślę, że są dwa ważne wątki. Pierwszy, to fakt, że w Europie kontynentalnej (Hiszpania, Francja, Niemcy, także Polska i inne kraje) nie ma praktycznie rynku pracy naukowców. W tym sensie nie zgadzam sie absolutnie z autorem, ze inbreeding jest problemem specyficznie polskim natomiast zgadzam się, że jest problemem istotnym. Polega to na zatrudnianiu 'ulubionych studentów' i nieprawdziwych konkursach. Niektórzy naukowcy wierzą, że powoduje to tworzenie 'szkoły'. Jest oczywiste, że zatrudnianie w ten sposób powoduje w długiej skali czasowej mniejszą efektywność niż zatrudnianie najlepszych kandydatów. Drugim, związanym, problemem jest zatrudnianie na uczelniach osób pozbawionych doświadzenia w realnym świecie. Jest to szczególnie widoczne w szkołach biznesu gdzie studenci, słusznie, nie mają zwykle przekonania do nauczcieli np. planowania strategicznego bez doświadczenia w biznesie, na poziomie na jakim takie zarządzanie faktycznie ma miejsce. Dotyczy to zresztą nawet nauk humanistycznych: trudno byłoby mi nauczać politologii bez żadnego doświadczenia w polityce; mało też przekonują kursy z malarstwa prowadzone przez osoby nie będące malarzami a 'creative writing' nie będących pisarzami o jakimś dorobku itd. Nie będąc idealistą uważam, że 80% konkurów na stanowisko nakowe w USA to rzeczywiście konkursy otwarte (a tylko 20% to sytuacje jakiegoś preferowanego kandydata, zresztą czasem uzasadnione potrzebami projektu lub uczelni). Natomiast byłoby dowodem wielkiego optymizmu twoerdzenie, że w Hiszpanii, Francji czy Polsce 20% konkursów jest rzeczywiście otwartych dla najlepszego zgłąszającego się kandydata a nie dla jakiejś wcześniej wybranej osoby dla której 'tworzy się' etat. Natomiast propozycje rozwiązania problemu nie wydają mi się wystarczające, a niektóre są niesłuszne. Niewystarczająca jest propozycja, żeby tworzyć czasowe miejsca pracy dla osób z Ukrainy czy Indii; właściwsze jest otwarcie miejsc pracy (nie czasowych, normalnych) dla wszelkich najlepszych kandydatów niezależnie z jakiego kraju. Nauka jest zasadniczo międzynarodowa. Natomiast nie zgadzam się z przecenianiem kryterium 'produktywności' naukowej promowanym obecnie w Polsce. Wiele najcenniejszych projektów badawczych wymaga okresu bez publikacji, a potem owocuje w paru pracach o znacznej wartości; ale to już jest temat na inna dyskusję.

Polega to na zatrudnianiu 'ulubionych studentów' i nieprawdziwych konkursach. Niektórzy naukowcy wierzą, że powoduje to tworzenie 'szkoły'. Jest oczywiste, że zatrudnianie w ten sposób powoduje w długiej skali czasowej mniejszą efektywność niż zatrudnianie najlepszych kandydatów. Drugim, związanym, problemem jest zatrudnianie na uczelniach osób pozbawionych doświadzenia w realnym świecie. J

nie czuję się osobiście częścią systemu inbreedingu.

Bo asystent ma mieć dobry kontakt :)

Dodaj komentarz

captcha

działanie 2

 
  Weź udział w dyskusjach komentujących inne artykuły:
okladka big pobierz pdf

Data wydania: 8 października 2007 r.
wersja online: ISSN 1731-7428
wersja drukowana: ISSN 1731-6758

info Artykuły naukowe zawarte w niniejszym czasopiśmie są recenzowane.