AAA

Rozwój społeczeństwa wiedzy w Polsce

z dr. Krzysztofem Pawłowskim, rektorem Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu rozmawia Marcin Dąbrowski

Marcin Dąbrowski: Kształcenia na poziomie studiów wyższych jest kluczowym czynnikiem rozwoju społeczeństwa opartego na wiedzy. Dlatego też tak istotne jest uzdrowienie sektora szkolnictwa wyższego w Polsce i Unii Europejskiej, wzrost efektywności działania, jakości kształcenia oraz pozycji konkurencyjnej względem uniwersytetów amerykańskich.

W książce "Społeczeństwo wiedzy szansa dla Polski" podkreśla Pan, iż podstawowym elementem i zarazem szansą rozwoju dla naszego kraju jest wykształcone społeczeństwo (młode pokolenie). W publikacji tej proponuje Pan reformę sposobu organizacji i finansowania szkolnictwa wyższego. Jednym z punktów owej propozycji jest wprowadzenie bezpłatnego, pierwszego roku studiów (niezależnie od trybu kształcenia czy formy prawnej uczelni) oraz odpłatności za następne lata studiowania.

Ta zasada ma z jednej strony zbliżyć nas do systemu amerykańskiego (przez powszechną odpłatność za studia), z drugiej zaś zapewnić demokratyczny dostęp do wykształcenia (charakter bezpłatny pierwszego roku studiów oraz rozwinięty system stypendialny). W jaki sposób reforma ta ma przyczynić się do wyrównania szans edukacyjnych w społeczeństwie - problemem wydaje się brak jednakowych szans przygotowania się kandydata na studia do egzaminów wyłaniających najlepszych i zapewniających otrzymanie indeksu prestiżowej uczelni, a nie zaś samodzielne utrzymanie się studenta np. z biedniejszej rodziny w czasie studiów (duża część żaków, również studiujących w trybie dziennym, podejmuje pracę zarobkową)? Krzysztof Pawłowski: W swojej książce przedstawiłem tylko propozycję bardziej sprawnego systemu organizacji i finansowania szkolnictwa wyższego. Problem wyrównywania szans edukacyjnych w społeczeństwie jest problemem znacznie szerszym, i Pana pytanie dotyka istoty rzeczy, ale to dobry temat na wiele następnych książek. Całkowitego wyrównywania szans edukacyjnych nie udało się dokonać nikomu w żadnym państwie - może najbliżej do pełnej równości mają Skandynawowie, ale proszę zwrócić uwagę, że są to narody znacznie mniej liczne niż nasz, a ich państwa są znacznie bogatsze niż Polska, a przede wszystkim nie straciły, tak jak my, 50 lat dla normalnego rozwoju. W naszych polskich warunkach, aby choć w pewnej części wyrównać szanse edukacyjne trzeba po pierwsze zdecydowanie poprawić jakość nauczania w szkole podstawowej, szczególnie na wsi i w małych miastach. Ale nie chodzi mi o bazę materialną, jakość wyposażenia, to jest mniej ważne - chodzi o klasę nauczycieli, jakość każdej szkoły mierzę przez poziom przygotowania zawodowego i zaangażowanie najsłabszego nauczyciela w danej szkole. To w ogromnym i decydującym stopniu źli nauczyciele odbierają szanse edukacyjne uczniom. Jeżeli nauczyciel kocha swoją pracę i lubi dzieci, to potrafi je pociągnąć w górę, rozbudzić zainteresowanie światem i ambicje nawet dziecka z rodziny patologicznej. Według mnie podniesienie poziomu każdej szkoły podstawowej znajdującej się w danej gminie jest najważniejszym zadaniem samorządu lokalnego, a wcale nie będzie też przesadą stwierdzenie, że działanie na rzecz podniesienia jakości szkoły jest najprostszym, ale i najpiękniejszym objawem współczesnego polskiego patriotyzmu. Nerwowo reaguję na określenie - mało zdolne dziecko. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że około 15% osób w każdej populacji jest niezdolne czy mało zdolne do myślenia abstrakcyjnego. Niemal każdy człowiek ma swoje indywidualne uzdolnienia, a zadaniem szkół kolejnych stopni jest wyławiać te uzdolnienia i wzmacniać je. Kluczem do wyrównywania szans edukacyjnych są nauczyciele i politycy, zamiast mówić o równych szansach, powinni zrobić kilka prostych (i wcale niezbyt kosztownych) rzeczy, które doprowadzą w krótkim czasie do podniesienia klasy i zwiększenia motywacji polskich nauczycieli. Dla przykładu zlikwidować Kartę Nauczyciela (która chroni interesy najgorszych nauczycieli), zlikwidować urawniłowkę wynagrodzeń i dać realną władzę w szkole jej dyrektorowi, ale i rozliczać go z efektów. Jedną z naszych największych polskich słabości jest dziedziczenie biedy i braku wykształcenia przez około 25% polskiego społeczeństwa (tzw. grupa wykluczonych). Na całe szczęście pierwsze pozytywne efekty przynosi reforma wprowadzona kilka lat temu, czego sygnałem jest wyraźne przesunięcie w górę uczniów naszych gimnazjów w testach kompetencyjnych realizowanych w ramach międzynarodowych badań porównawczych. Ale znowu tylko część gimnazjów i liceów jest już niezła, ale o wyrównywaniu szans decydują najsilniej najsłabsze szkoły na każdym poziomie. Obok dobrych nauczycieli potrzeba dla prawdziwego wyrównania szans dobrze skrojonych, precyzyjnie adresowanych programów stypendialnych. Wytłumaczę to na przykładzie, który mi szczególnie imponuje - Fundacja Episkopatu Polski Dzieło Nowego Tysiąclecia "wychowuje" uzdolnione dzieci ze wsi popegeerowskich i wspiera ich edukację, aż do matury. To najbardziej ludzka i najbardziej patriotyczna praca, jaką mogę sobie wyobrazić, a Fundacja pomaga już 1200 dzieciom. Jak sam Pan widzi pytaniem dotknął Pan czułego punktu.

Ale wróćmy do drugiej części pytania. Nie zgadzam się z Pana tezą, że problem utrzymania się studenta na studiach nie jest tak ważny, bo przecież student może pracować, nawet gdy studiuje w systemie dziennym. Uważam, że pierwsze trzy lata studiów są kluczowe w życiu każdego studenta, te lata go formują praktycznie na całe życie i najlepiej, żeby jego jedynym zajęciem w tym okresie było studiowanie w szerokim tego słowa znaczeniu. Połączenie studiów z pracą zarobkową zawsze odbywa się kosztem jakości, zarówno studiów, jak i pracy. Ja w swoim systemie spróbowałem znaleźć takie rozwiązanie, które pozwoliłoby średnio uzdolnionemu, ale bardzo pracowitemu i ambitnemu studentowi z niezamożnej rodziny skończyć studia bez płacenia czesnego i bez konieczności podejmowania w czasie studiów pracy zarobkowej. Dodatkowym czynnikiem, choć w pewnej części wyrównującej szanse, jest pierwszy bezpłatny rok dla wszystkich. Obserwując przez ponad 12 lat proces kształcenia w moich szkołach, mogę stwierdzić, że dobrze przygotowany program studiów na I roku pozwala nadrobić większość zaległości, które student ma z wcześniejszych etapów studiowania, oczywiście przy założeniu ciężkiej pracy przez cały rok. Dodatkowym czynnikiem ułatwiającym wyrównanie szans edukacyjnych, tzn. umożliwienie studiowania w prestiżowych uczelniach przez młodzież kończącą słabsze szkoły będzie oddzielenie studiów licencjackich i magisterskich według Deklaracji Bolońskiej. Konsekwentne wprowadzenie Deklaracji powinno umożliwić najbardziej uzdolnionym absolwentom studiów licencjackich studia magisterskie w innej, lepszej uczelni. Doszedłby nowy czynnik podnoszący poziom studentów na poziomie studiów magisterskich w najlepszych uczelniach, a konieczność ubiegania się o miejsca byłaby dodatkową motywacją nawet dla tych, którzy dostali się do uczelni prestiżowej już na studia licencjackie.

Podsumowując: to co szkoła wyższa może zrobić, to zapewnić maksymalnie demokratyczny dostęp do wykształcenia wyższego, a wcześniejsze etapy edukacji powinny zapewnić sprawność w wyławianiu uzdolnionych i stworzenia im warunków do nauki, niezależnie od tego z jakiej rodziny czy miejscowości pochodzą.

W Pana publikacji można doszukać się również krytyki systemu badań naukowych o profilu akademickim w Polsce. Podkreśla Pan zalety podejścia menedżerskiego w badaniach. Jakie najbardziej istotne zmiany zaproponowałby Pan, aby zbliżyć relacje badań naukowych (ich praktycznego wymiaru) do gospodarki i przedsiębiorstw, a także przełożenia ich wyników na rzeczywiste korzyści dla społeczeństwa?

Wielu ekspertów twierdzi, że jedną z najmocniejszych pozostałości, "skamielin" po socjalizmie w Polsce jest system organizacji badań naukowych. Po roku 1989 wprowadzono jedynie reorganizację systemu finansowania badań poprzez wprowadzenie wybieralnego samorządu do podziału środków (KBN).To już blisko 15 lat od tej zmiany i analizując stan badań naukowych w Polsce i ich efektywność, można stwierdzić, że efekty są marne. W zasadzie nienaruszony przetrwał system finansowania z pieniędzy publicznych JBR, podczas gdy niemal cały przemysł, którym JBR służyły został bądź sprywatyzowany, bądź zlikwidowany, niemal bez zmian pozostał PAN, zmiany nastąpiły tylko w uczelniach państwowych. Rozumiem, moje poglądy na temat badań naukowych są kontrowersyjne dla środowiska naukowego. Bo ja swojej wypowiedzi na ten temat nie zaczynam od apelu o zwiększenie nakładów ze środków publicznych na badania i rozwój. Przyjmuję do wiadomości fakty, tzn. Polska jest biednym krajem, z dopiero rozwijającą się gospodarką i obecny poziom finansowania B+R ze środków publicznych jest odpowiedni dla państwa o wielkości PKB przypadającego na jednego mieszkańca, jakim jest Polska i staram się szukać rozwiązań jak najlepiej wykorzystać te pieniądze, które budżet na B+R przeznacza. Po pierwsze uważam, że priorytet w naszych warunkach ma wykształcenie młodego pokolenia Polaków i przygotowanie go do pracy w warunkach gospodarki opartej na wiedzy.W naszej rzeczywistości pieniądze publiczne na badania powinny być przeznaczone głównie na prowadzenie badań "odtworzeniowych" (tzn. nadążanie za osiągnięciami nauki światowej) w ramach szkół wyższych, na finansowanie kilku obszarów nauki, w których mamy najbliżej do czołówki światowej, na finansowanie ośrodków badawczych zajmujących się kulturą narodową oraz finansowaniem wybranych "szalonych" projektów, które mogą doprowadzić do nowych osiągnięć i wynalazków. Resztę trzeba sprywatyzować (także większość instytutów PAN) i zmusić do utrzymania się za realne pieniądze uzyskiwane np. z przemysłu czy grantów unijnych. Prawdą jest to, co mówi prof. Łukasz Turski, mamy za dużo osób zatrudnionych w instytucjach naukowych, a za mało prawdziwych uczonych. Tak więc, zamiast cienko "rozsmarowywać" pieniądze, to lepiej dać realne środki tym, którzy spożytkują je efektywnie. W tej części wypowiedzi mówiłem tylko o sposobie finansowania badań ze środków budżetowych, a pozostaje do omówienia problem relacji nauka - gospodarka, te relacje obecnie w Polsce niemal nie istnieją, a nieliczne przykłady pozytywne tylko podstawową wiedzę potwierdzają. Proszę zwrócić uwagę, jeszcze kilkanaście lat temu uczelnie miały wokół siebie, w swoim regionie "swoje" przedsiębiorstwa, w pewnym sensie skazane na współpracę w zakresie badań, nowych technologii czy innowacji z lokalną (tzn. najbliższą) uczelnią. Teraz każda firma, jeżeli ma problem (i niezbędne pieniądze) może ekspertyzę czy badania zamówić, korzystając z internetu w dowolnej uczelni, nawet mieszczącej się w drugim końcu świata. Globalizacja także w tej mierze poszła do przodu. To powoduje, że na "rynku" zamówień badań dla gospodarki utrzymają się tylko najlepsi, merytorycznie najszybciej reagujący i najbardziej innowacyjni. B.R. Clark pisał o "uniwersytetach przedsiębiorczych", które w tej grze z gospodarką i współczesnością mają największe szanse.

Podsumowując, polski świat naukowy czeka droga przez czyściec, przez który większość polskiej prywatnej gospodarki już przeszła - tę drogę przejdą najlepsi, a wiec nieliczni, najbardziej innowacyjni i przedsiębiorczy oraz, ci którzy najlepiej rozpoznają wyzwania przyszłości. Oczywiście państwo musi zadbać, aby przetrwały ten okres instytucje naukowe niezbędne do funkcjonowania państwa, jego bezpieczeństwa oraz utrzymania tożsamości i kultury narodowej.

Podkreśla Pan potrzebę wzorowania się na amerykańskich rozwiązaniach w organizacji szkolnictwa wyższego w Polsce i Europie. Jak ocenia Pan politykę Unii Europejskiej dotyczącą planów rozwoju szkolnictwa wyższego?

W zasadzie nie ma wspólnej polityki UE dotyczącej szkolnictwa wyższego. Nie ma też wspólnej polityki UE w zakresie oświaty. Moim zdaniem na całe szczęście. Nie wyobrażam sobie dyrektyw dotyczących sposobu działania uniwersytetu na wzór słynnych rozporządzeń o kształcie i długości banana czy marchewki. Tę sferę, tzn. edukację, pozostawiono rządom państw członkowskich. Oczywiście powstają opracowania Komisji Europejskiej dotyczące szkolnictwa wyższego i jedno z nich, tzn. Komunikat Komisji Europejskiej z 5 lutego 2003 roku Przyszłość szkolnictwa wyższego w Europie wiedzy stał się dla mnie inspiracją do napisania mojej pierwszej książki Rediscovering higher education in Europe. Jedną z cech charakterystycznych amerykańskiego szkolnictwa wyższego jest jego różnorodność. W USA istnieją i uniwersytety badawcze, których czołówka należy do najlepszych na świecie,i są zwykłe college dla przeciętnych uczniów. Ta różnorodność i obyczaj akademicki, że nie podejmuje się studiów doktoranckich na uczelni, na której się skończyło studia magisterskie, a po doktoracie podejmuje się pracę jeszcze w innej uczelni i to w bardzo konkurencyjnych warunkach, zapobiega temu co jest jedną z polskich słabości - całe życie zawodowe spędzone w jednej uczelni. Można też powiedzieć, że nie ma jednej polityki dotyczącej szkolnictwa wyższego w USA, obok polityki rządu federalnego są polityki poszczególnych stanów, a i tak najlepsze uniwersytety to uniwersytety prywatne. W jednym przypadku można mówić o wspólnej polityce - system grantów, programów jest tak zbudowany, że wszystkie podmioty mają taki sam dostęp do pieniędzy, z tym, że zdecydowana większość funduszy publicznych na badania ląduje w najlepszych uniwersytetach, z zasady prywatnych. Komunikat Komisji Europejskiej trafnie ocenia słabości europejskich uniwersytetów, wstrzymuje się jednak przed wyciągnięciem wniosków - bez wprowadzenia do świata akademickiego konkurencji, bez wprowadzenia menedżerskiego sposobu zarządzania nie będzie w Europie zmian i czołowe uniwersytety europejskie (może poza brytyjskimi) nie będą wyznaczały światowego poziomu odniesienia. Najgorsza jest pewna bezradność odczytywana z dokumentów Unii - wciąż jeszcze większości urzędników wydaje się, że wszystko leży w ilości środków przeznaczonych na szkolnictwo wyższe i badania naukowe - stąd słynne 3% PKB, które państwa Unii mają przeznaczać na B+R. Uważam, że bez wprowadzenia zmian systemowych większość dodatkowych pieniędzy zostanie zmarnowana. Warto też przypatrzyć się strukturze wydawanych pieniędzy w USA i UE. Wielkość środków budżetowych przeznaczanych na B+R w odniesieniu do PKB jest podobna w Unii i USA - to 1,0 : 1,2% PKB. Zasadniczo różny jest udział środków pochodzących ze źródeł prywatnych, głównie z przemysłu - udział tych środków w USA jest trzykrotnie wyższy niż w UE. I w tym tkwi istota problemu. W Europie relacje uniwersytetów z otoczeniem są znacznie słabsze niż w USA. Większość europejskich uniwersytetów przyzwyczajonych do pieniędzy publicznych, z dominującą grupą pracowników naukowo-dydaktycznych mających gwarancję zatrudnienia, aż do momentu przejścia na emeryturę, trwa często w bezruchu, czyniąc z tego dostojną specyfikę świata akademickiego. Prywatnych korporacji, funduszy inwestycyjnych nie można zmusić do finansowania badań, muszą one zobaczyć korzyść, możliwość szybkiego rozwiązania trapiących je problemów, czy szybkiego wdrożenia nowych technologii czy innowacji. Jeżeli ich nie widzą, to najwyżej dla celów PR przeznaczą jakieś symboliczne pieniądze na "swój" lokalny uniwersytet.

Powracając do problematyki szkolnictwa w Polce chciałbym zapytać Pana o istotę zmian potrzebnych, Pana zdaniem, w programach kształcenia, treściach i formach przekazu wiedzy w świetle rozwoju społeczeństwa informacyjnego?

Istotą społeczeństwa wiedzy jest, według mnie, uczynienie z wiedzy w skali powszechnej w społeczeństwie, a nie tylko dla niektórych warstw społecznych, zasobu, który stanie się głównym źródłem bogactwa państwa i zamożności jego obywateli. Historia, a raczej komuniści, zabrali nam 45 lat spokojnego rozwoju, które miały państwa Europy Zachodniej. Tak więc jako państwo i społeczeństwo nie mamy wystarczająco dużo tego, co jest źródłem bogactwa państw rozwiniętych - pieniędzy, technologii, know-how. Ale nieoczekiwanie, właśnie teraz, gdy Polska odzyskała możliwość decydowania o sobie, dochodzi w skali globalnej do przewartościowania znaczenia zasobów - okazuje się, że w nowych warunkach podstawowym zasobem staje się wiedza. To wielka szansa dla nas, bo możemy wykorzystać coś, co się rzadko zdarza, resztę opóźnienia i w skali państwa przeskoczyć kilka etapów, przez które przechodziły społeczeństwa Europy Zachodniej. Do tego potrzebna jest świadomość zmiany, tzn. konieczność wykonania powszechnej inwestycji w edukację, i to w skali powszechnej, łącznie z grupą wykluczonych. O pewnych zmianach w tym wywiadzie mówiłem - kluczowym zagadnieniem jest wychowanie każdego uczestnika procesu edukacji w przekonaniu, że ma aktywnie używać wiedzy, uzupełniać ją i przetwarzać. Świadomie używam słowa wychowanie, bo nie chodzi o przekazywanie statycznej wiedzy, tylko uruchomienie w każdym uczniu mechanizmów używania wiedzy - najlepiej wytłumaczyć to poprzez umiejętność rozwiązywania problemów. Często to powtarzam na swoim przykładzie - mnie kłopoty, problemy zawsze inspirują, bo szukam natychmiast sposobów ich rozwiązywania. Jeżeli brakuje własnej wiedzy jak rozwiązać problem, to trzeba sięgnąć po dodatkową wiedzę, a ona jest coraz bardziej dostępna. To łatwo powiedzieć, ale trudno wprowadzić w skali powszechnej. Proces tworzenia społeczeństwa wiedzy musi stać się wyzwaniem i celem działania wszystkich (a nie tylko najlepszych nauczycieli), i aby się to stało, potrzeba determinacji i świadomości polityków, że coś takiego jest potrzebne, ale i możliwe. Oczywiście niezbędne są zmiany w programach, treściach i formach kształcenia, ale na początku potrzebna jest mentalna rewolucja w głowach nauczycieli. Jako przykład, że inwestycja w edukację jest możliwa, pokazuję Finlandię. Kraj ten przez dziesięciolecia wygodnie żyła "żerując" na niesprawności ekonomicznej ZSRR. Upadek ZSRR na początku lat 90. spowodował więc gwałtowny kryzys ekonomiczny w Finlandii. Politycy fińscy zareagowali genialnie - inwestycją w edukację. Efekt był szokujący i to już po 10 latach: według badań OECD uczniowie fińscy są najlepsi, gospodarka fińska kwitnie, wysokość PKB na głowę mieszkańca należy do najwyższych w Europie. I jeszcze jedno, to co mnie najbardziej fascynuje, gdy myślę o wiedzy jako narodowym zasobie - to jedyny zasób, który jest odnawialny i w praktyce niezużywalny.

A co do programów - trzeba każdego młodego Polaka nauczyć w szkole dwóch języków - języka angielskiego i języka informatyki, bo te dwie umiejętności otwierają przed człowiekiem świat i nowe możliwości.

A jak na tym tle kształtuje się według Pana idea kształcenia przez całe życie?

To trudne zadanie, ponieważ przeszłość przyzwyczaiła nas do stabilności zatrudnienia, więc poza nielicznymi zawodami, wystarczała niewielka korekta starej wiedzy. Nowe czasy zmuszają dużą część osób czynnych zawodowo do znacznie częstszego odnawiania wiedzy. Zmiany w gospodarce są tak szybkie, że dość trudno wyobrazić sobie możliwość stałej pracy w raz wyuczonym zawodzie przez całe życie. Patrząc na USA, można wnioskować, że w przyszłości częściej będziemy zmieniać pracę i dojdzie coraz częściej do sytuacji, gdy okaże się, że niemal cała wiedza zawodowa okaże się nieużyteczna. Kształcenie dorosłych stało się najszybciej rozwijającym się sektorem edukacji w USA.Oczywiście inny charakter ma kształcenie ustawiczne w przypadku "robotników wiedzy", to oni sami decydują się na dodatkowe kursy czy podejmują studia podyplomowe, w sposób aktywny przystosowując się do rynku pracy, czy też chcąc poprawić, czy wzmocnić swoją pozycję w firmie. Ale coraz częściej pracodawcy we własnym interesie (maksymalizacji zysków i minimalizacji kosztów) będą zamawiali specjalnie "skrojone" dla potrzeb danej firmy szkolenia, często dla wszystkich pracowników. Kształcenie ustawiczne to wielka szansa dla szkół wyższych, szczególnie ekonomicznych, ale zarazem to konieczność otworzenia się na całkowicie nową rzeczywistość, na tym rynku mamy znacznie więcej konkurentów, np. małe, a więc bardzo elastycznie i szybko działające firmy szkoleniowe. Rynek kształcenia ustawicznego wymaga też znacznie bliższego kontaktu z rzeczywistością gospodarczą niż klasyczne studia. Przewagą szkół wyższych, szczególnie markowych na tym rynku jest tylko prestiż uczelni, ale to może nie wystarczyć. Ja traktuję ten rynek jako wielką szansę dla moich uczelni i ostro zamierzam grać na tym rynku, zwłaszcza teraz, gdy z UE pojawiły się na szkolenie dorosłych gigantyczne wręcz pieniądze w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.

I ostatnie pytanie - w jakim kierunku powinna rozwijać się w Polsce e-edukacja?

Osobiście ja i moja Szkoła mieliśmy szczęście, że wśród nas bardzo wcześnie pojawił się człowiek, który wcześniej od innych, m.in. dzięki wyjazdom z wykładami na uniwersytety amerykańskie, dostrzegł szansę jaką daje internet - to prof. Marian Mrozek, twórca naszego programu studiów z informatyki i dziekan Wydziału Informatyki. Dzięki temu, już kilka lat wstecz mieliśmy w Szkole intranet - tak zaawansowany, że budził zaskoczenie nawet u wizytujących u nas profesorów amerykańskich uniwersytetów. Byliśmy też pierwszą uczelnią w Polsce, która zaoferowała pełny dwuletni program uzupełniających studiów magisterskich realizowany online w internecie. Był to program zainicjowany i znakomiecie zorganizowany pod koordynacją prof. Marka Capińskiego. Lokalizacja naszej Szkoły jest z jednej strony naszą przewagą w przypadku studiów stacjonarnych, z drugiej zaś - wyraźną słabością w przypadku studiów zaocznych. Wielu z naszych absolwentów studiów licencjackich chce lub musi podjąć pracę zawodową już po licencjacie, ale większość z nich chce także uzyskać tytuł magistra w WSB-NLU. To oni byli inspiracją przygotowania programu online. Ten program wszedł już na stałe do oferty dydaktycznej. Jestem przeciwnikiem oferowania pełnych studiów przez internet. Pierwsze trzy lata to musi być kontakt osobisty studenta ze szkołą, bo potrzebny jest proces formowania postaw, uczenia nowych umiejętności, a nie tylko przekazywania wiedzy. Ale już studia II stopnia analizując nasze doświadczenia, mogą być skutecznie zrealizowane wykorzystując techniki internetowe. Szczególny obszar e-edukacji, choć w Polsce jeszcze słabo spenetrowany, to obszar kształcenia ustawicznego osób dorosłych. Narzuca się, że tutaj można wykorzystać zjawisko masscustomization, tzn. kształcenia bardzo wielu ludzi przy indywidualizacji programów nauczania. Ale to pieśń przyszłości i podejrzewam, że wielu już się do takiego kształcenia przygotowuje, zarazem pilnie strzegąc, aby konkurenci nie dowiedzieli się zbyt dużo i za wcześnie.

Dziękuję bardzo za rozmowę.


Krzysztof Pawłowski
Społeczeństwo wiedzy szansa dla Polski
Wydawnictwo Znak, Warszawa 2004

Książka prezentuje propozycje autora dotyczące reform w polskim szkolnictwie wyższym, w świetle idei społeczeństwa opartego na wiedzy. Publikacja zawiera konkretne rozwiązania dla uczelni i obszaru badań naukowych. Jest połączeniem zasadniczej części książki opublikowanej w UNESCO-CEPES pt. Rediscovering Higher Education in Europe (prezentującej opinie autora na temat. przyszłości szkolnictwa wyższego w Europie) oraz problematyki dotyczącej bezpośrednio polskiego szkolnictwa wyższego. Publikacja jest podzielona na trzy zasadnicze części: Europejskie uniwersytety i świat, Polski cud edukacyjny lat 90., Pomysł na dobre wykształcenie w społeczeństwie wiedzy. Pierwsza cześć zawiera cztery rozdziały opisujące: relacje pomiędzy Polską a UE w obszarach nauki i kształcenia akademickiego; pozycję europejskiej nauki i szkolnictwa wyższego na świecie oraz wyzwania stojące przed nimi; czynniki decydujące o wysokiej pozycji uniwersytetów amerykańskich; propozycje zmian dla całego europejskiego szkolnictwa wyższego.

Część druga, opisująca zmiany, które mogliśmy zaobserwować w polskim szkolnictwie wyższym oraz propozycje na przyszłość, podzielona jest na dwa rozdziały. Jeden z nich opisuje reformy lat 90. dokonane w edukacji oraz propozycję nowego sposobu organizacji i finansowania szkolnictwa wyższego w Polsce. Drugi rozdział opisuje stan badań naukowych w Polsce. Ostatnia część, zawierająca 3 rozdziały, prezentuje autorskie pomysły autora publikacji na temat kształcenia oraz opisuje jego doświadczenia związane z organizacją i rozwojem Wyższej Szkoły Biznesu-National-Louis University w Nowym Sączu.